środa, 30 marca 2011

Do papierosa

Tym razem dawno zapowiadany występ gościnny, prosto z Warszawy - Piotr Filip Micuła. Poznaliśmy się (a jakże) we Frankfurcie przy papierosie. Spędzaliśmy długie, ciepłe wieczory popijając piwo, rozkoszując się szumem w głowie, odgłosami imprezy i dymem. Wówczas zapoznałem go z twórczością Świetlickiego, i wtedy chyba zrodziła się ta szczególna więź, która prowadziła nas przez wspólne przygody w windzie, Wilanowie, nocnym Krakowie czy wreszcie na koncercie rzeczonego poety. A więc - papieros w dłoń i do lektury. 


Mój mały przyjacielu, papierosie. Spędziłem z Tobą więcej czasu niż z kimkolwiek. Niszczymy się nawzajem, czule zobowiązani. – napisał Marcin Świetlicki. W jakim celu miałbym zaczynać własnymi słowami list do Ciebie, skoro te słowa krakowskiego poety w zupełności oddają sens tego, co chciałbym Ci przekazać? Ale cóż, abyś sobie nie pomyślał, że jest w tym jakieś irracjonalne uczucie, pozwolę sobie na dokładne objaśnienie mojego poglądu na ten wyjątkowy związek, w jakim się znaleźliśmy.
Zawsze mnie wspierałeś w trudnych momentach. Gdy ciążyły mi powieki od zmęczenia, pozwalałeś moim oczom nie kryć się pod ich zasłoną. Gdy od tygodniowego uginania karku czułem kłucie w krzyżu, byłeś mi najlepszym środkiem uśmierzającym ból. Gdy przychodziła samotność, byłeś mi jedynym towarzyszem rozmowy. Wspólnie udźwignęliśmy niejeden wysiłek intelektualny, przedyskutowaliśmy niejeden problem i wyrobiliśmy sobie pogląd na niejedną sprawę. Często Ty milczałeś, a ja dużo mówiłem, lecz dawałeś mi zawsze do zrozumienia, że słuchasz ze skupieniem.
Uwielbiam Cię za te chwile po nieprzespanych nocach, gdy moim jedynym śniadaniem stawała się poranna kawa rozpuszczalna, a Ty towarzyszyłeś mi w podróżach ulicami naszej Warszawy. Gdy lekko oszołomiony zmęczeniem spacerowałem ulicą Marszałkowską i w uszach dźwięczała mi Kołysanka Michała Lorenca, Ty tworzyłeś ten niepowtarzalny klimat. Byłeś komponentem każdego dnia, jak bardzo nie byłby on dniem pełnym pracy, poczucia jakiejś beznadziei czy marazmu.

To Twoich francuskich krewniaków palił George Orwell, gdy w jego umyśle rodziła się wizja totalnego państwa kontrolującego nawet najdrobniejsze aspekty życia obywateli. Ich towarzystwem raczył się także Pablo Picasso, gdy natchniony wydarzeniami hiszpańskiej wojny domowej malował słynną Guernicę. Twoi amerykańscy bracia podnosili na duchu rozrzuconych po frontach całego świata alianckich żołnierzy podczas II wojny światowej. To z Tobą spędzał czas wolny Józef Piłsudski, gdy dla wypoczynku spacerował po ogrodach swojej posiadłości w Sulejówku.
Nikt nie wzbogacił mojej mowy ciała o tyle gestów, co Ty. Gdy podczas rozmowy z innymi ludźmi potrzebowałem przez chwilę coś przemyśleć, zaciągałem się długo i spoglądałem w przestrzeń. Mrużyłem oczy, gdy przez moją głowę przelatywały tysiące myśli na sekundę. Gdy nie chciałem na kogoś zwracać uwagi, zamiast kręcić się i udawać, że nic nie widzę, mogłem w całości oddać się cichej rozmowie z Tobą. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że to Tobie zawdzięczam wiele zawartych w moim życiu znajomości. Byłeś tym ideałem gospodarza wszelkich wydarzeń towarzyskich, zapoznawałeś nas ze sobą nawzajem i, narzucając pewne tematy do dyskusji, pomagałeś przełamywać pierwsze lody.
Solidarnie znosiliśmy to upokorzenie, gdy zakazywano nam pokazywać się wspólnie w wielu lokalach. Obaj rozumieliśmy, że zawsze bywaliśmy tymi nieproszonymi gośćmi, na których ludzie spoglądali pogardliwie spode łba. Razem było nam zawsze raźniej, czy to na dwudziestostopniowym mrozie, czy w palącym słońcu. Być może przyjdzie nam doczekać się lepszych czasów.
Za to Ci właśnie dziękuję, mój papierosie. Do Ciebie kieruję ten list, chociaż znasz jego treść. Napisaliśmy go razem.