
Głównym bohaterem filmu jest młody chłopak Carl (Tom Sturridge), który przybywa na łajbę „Radio Rock” po wydaleniu ze szkoły. Kapitanem jest jego ojciec chrzestny Quentin (Bill Nighy). Carl szybko zapoznaje całą ekipę Radio Rock – Amerykanina Counta (którego imię znaczy „Hrabia”, a gra go Philip Seymour Hoffman), grubego macho, Dr. Dave’a (Nick Frost), lekko bojaźliwego Simona (Chris O’Dowd) i parę innych indywiduów. Fabuła to najróżniejsze perypetie członków załogi, które są przeplatane scenami, w których konserwatywny do szpiku kości minister (Kenneth Branagh) szuka sposobu, aby uziemić radio…

Za najlepszą reklamę dla tego filmu niech służy osoba reżysera. Może nazwisko Richard Curtis nic wam nie mówi, za to jego filmy na pewno kojarzycie: „Cztery Wesela i Pogrzeb”, „Bridget Jones” czy „To właśnie miłość”. Przyznaję bez bicia, że jestem chorym fanem tego ostatniego filmu, który jest moją ulubioną komedią i zawsze poprawia mi humor. Curtis ma niezwykły talent bawienia się konwencją komedii, zręcznie balansuje między przesadą a banałem, dając niezwykły, komiczny efekt. Podobny schemat sprawdził się w „TBTB”. Reżyser miał tu wielkie pole do popisu, gdyż scenariusz dał mu galerię barwnych postaci. Poza wymienionymi wyżej DJ’ami mamy gwiazdorzącego Gavina, dość specyficznego Szalonego Kevina, dowcipnisia Angusa, starego hippisa Boba, lesbijkę-kucharkę Felicity czy Marka, „człowieka z największym seksapilem na planecie”. Pomysł i bohaterowie ciągną film lekko i bez oporów. Co prawda jest parę dłużyzn, ale generalnie jest super. Mamy mnóstwo charakterystycznych dla Curtisa scen, które kroczą niebezpiecznie w stronę ckliwego gówna, aby zaraz wykonać zwrot o 180 stopni i kompletnie zaskoczyć widza, wywołując wybuch śmiechu. Tak, jest zabawnie. Aktorstwo stoi na wysokim poziomie, ale czy można spodziewać się czegoś innego po Billu Nighym (znanym i kochanym za „To właśnie miłość”), Philipie Seymourze Hoffmanie (ten człowiek to kameleon!) czy Kennecie Branaghu? Cała reszta też daje radę. Do tego smakowitego dania mamy też najwyższej jakości przyprawy w postaci całej sterty konkretnego, rockowego grania. Sprawdźcie soundtrack.
Nie jest to film, który zmieni Wasze życia i wyposaży Was w nowy światopogląd. Jest to film, który skopie wam tyłki i da 2 godziny świetnej zabawy w rockowym stylu. Rock&Roll, dudes!
Dude, skopałeś mi tyłek tą recenzją <3
OdpowiedzUsuńso thats why im your bitch!! ;))
Recenzja świetna, a ja "przeszkadzałam " ci w oglądaniu. Sorry:))
OdpowiedzUsuń