Kontestacja ma się ostatnio dobrze jak nigdy. Jesteśmy pokoleniem zwycięzców, nie martwimy się o demokrację, ekonomię czy demografię. Tu granice zostały dawno wyznaczone i tylko na poboczach wciąż walczą kolejne stada pieniaczy. Jednak coraz więcej pytań zadaje się osatatnio na temat wolności – Wolne Konopie, ustawa o przeciwdziałaniu narkomani... Ciekawe czasy, nie da się ukryć. A w dobie Internetu nie można wyjść z pewnego poziomu nie sięgając do klasyki kontestacji. Hunter S. Thompson? Oczywiście. Jednak tym, co właśnie naładowało moje akumulatory, było coś znacznie bardziej niepozornego.
Edypa Maas wie na początku tyle co my – nic. Strzępy informacji toną w monotonii dnia, gdy najciekawsza jest kolejna kłótnia z psychiatrą. Kim był Piers Inverarity? Dlaczego zostawił mi spadek? W iście Chandlerowskim stylu Edypa rzuca się w wir moteli, whisky, narkotyków, przeszłości, znaczków i pytań, zmierzających w niewyraźnym celu – czym jest Trystero?
Odwołanie do klasyka powieści noir nie jest przypadkowe. Thomas Pynchon, tajemniczy, od kilkudziesięciu lat niewidziany pisarz stworzył powieść którą jest nieślubnym dzieckiem Raula Diuka i Philippa Marlowe spłodzonym w trakcie kwasowej orgii. I nie jest to przesada. Klimat opowieści detektywistycznych połączony z kontrkulturową złością i przewrotną symboliką "Fear and Loathing in Las Vegas" jest po prostu niesamowity. Uwierzcie mi na słowo, na zderzeniu lat 40 i 60 mieszkają niezłe oryginały. Pynchon w wirutozerskim stylu prowadzi nas przez galerię postaci, aż w pewnym momencie gubimy wątek i kojarzymy tylko symbole, konteksty, sytuacje. Niemal każde zdanie jest osobną perełką – mistrzowskie posługiwanie się słowem i nieprawdopodobny kapitał kulturowy wyróżniają tą powieść na tle innych. Na szczęście protagonista, a w zasadzie protagonistka broni się doskonale. Edypę można śmiało stawiać w szeregu wybitnych postaci, i tylko łamię sobie głowę, czy którakolwiek aktorka jest w stanie podołać tej roli – bo ekranizacji się wręcz domagam.
Świat przedstawiony wciąga jak w dobrym filmie – gdy tylko ogarniemy jego ogrom. Początkowo Pynchon kładzie fundamenty, a po dwóch rozdziałach daje nam mapę i pozwala się rzucić w wir wydarzeń. Odwiedzamy speluny, podłe motele, domy starców, zaplecza teatrów, uniwersytety i Bóg jeden wie co jeszcze. No i postaci, postaci, postaci – amerykański sen nie wypala zupełnie jak u Thompsona, ale ma swój urok jak w znacznie późniejszym miasteczku Twin Peaks. Postacie przerażające niekoniecznie są skazane na porażkę, a dożycia końca jak u Szekspira nikt pewny być nie może. No i do tego intryga – lekko naciągana momentami, jednak tak obłożona kolejnymi smaczkami, że dajesz się wciągnąć w wir walki pocztowej.
Tak, poziom absurdu wysoki i momentami niestrawny. Nie jest to pewnie rzecz dla każdego, jednak ci, którzy docenią precyzyjną konstrukcję fabularną i dadzą się zabrać na podróż po Los Narcisos i okolicy. Zdecydowanie jedna z lepszych rzeczy, jakie ostatnio czytałem.
Tym razem dawno zapowiadany występ gościnny, prosto z Warszawy - Piotr Filip Micuła. Poznaliśmy się (a jakże) we Frankfurcie przy papierosie. Spędzaliśmy długie, ciepłe wieczory popijając piwo, rozkoszując się szumem w głowie, odgłosami imprezy i dymem. Wówczas zapoznałem go z twórczością Świetlickiego, i wtedy chyba zrodziła się ta szczególna więź, która prowadziła nas przez wspólne przygody w windzie, Wilanowie, nocnym Krakowie czy wreszcie na koncercie rzeczonego poety. A więc - papieros w dłoń i do lektury.
Mój mały przyjacielu, papierosie. Spędziłem z Tobą więcej czasu niż z kimkolwiek. Niszczymy się nawzajem, czule zobowiązani. – napisał Marcin Świetlicki. W jakim celu miałbym zaczynać własnymi słowami list do Ciebie, skoro te słowa krakowskiego poety w zupełności oddają sens tego, co chciałbym Ci przekazać? Ale cóż, abyś sobie nie pomyślał, że jest w tym jakieś irracjonalne uczucie, pozwolę sobie na dokładne objaśnienie mojego poglądu na ten wyjątkowy związek, w jakim się znaleźliśmy.
Zawsze mnie wspierałeś w trudnych momentach. Gdy ciążyły mi powieki od zmęczenia, pozwalałeś moim oczom nie kryć się pod ich zasłoną. Gdy od tygodniowego uginania karku czułem kłucie w krzyżu, byłeś mi najlepszym środkiem uśmierzającym ból. Gdy przychodziła samotność, byłeś mi jedynym towarzyszem rozmowy. Wspólnie udźwignęliśmy niejeden wysiłek intelektualny, przedyskutowaliśmy niejeden problem i wyrobiliśmy sobie pogląd na niejedną sprawę. Często Ty milczałeś, a ja dużo mówiłem, lecz dawałeś mi zawsze do zrozumienia, że słuchasz ze skupieniem.
Uwielbiam Cię za te chwile po nieprzespanych nocach, gdy moim jedynym śniadaniem stawała się poranna kawa rozpuszczalna, a Ty towarzyszyłeś mi w podróżach ulicami naszej Warszawy. Gdy lekko oszołomiony zmęczeniem spacerowałem ulicą Marszałkowską i w uszach dźwięczała mi Kołysanka Michała Lorenca, Ty tworzyłeś ten niepowtarzalny klimat. Byłeś komponentem każdego dnia, jak bardzo nie byłby on dniem pełnym pracy, poczucia jakiejś beznadziei czy marazmu.
To Twoich francuskich krewniaków palił George Orwell, gdy w jego umyśle rodziła się wizja totalnego państwa kontrolującego nawet najdrobniejsze aspekty życia obywateli. Ich towarzystwem raczył się także Pablo Picasso, gdy natchniony wydarzeniami hiszpańskiej wojny domowej malował słynną Guernicę. Twoi amerykańscy bracia podnosili na duchu rozrzuconych po frontach całego świata alianckich żołnierzy podczas II wojny światowej. To z Tobą spędzał czas wolny Józef Piłsudski, gdy dla wypoczynku spacerował po ogrodach swojej posiadłości w Sulejówku.
Nikt nie wzbogacił mojej mowy ciała o tyle gestów, co Ty. Gdy podczas rozmowy z innymi ludźmi potrzebowałem przez chwilę coś przemyśleć, zaciągałem się długo i spoglądałem w przestrzeń. Mrużyłem oczy, gdy przez moją głowę przelatywały tysiące myśli na sekundę. Gdy nie chciałem na kogoś zwracać uwagi, zamiast kręcić się i udawać, że nic nie widzę, mogłem w całości oddać się cichej rozmowie z Tobą. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że to Tobie zawdzięczam wiele zawartych w moim życiu znajomości. Byłeś tym ideałem gospodarza wszelkich wydarzeń towarzyskich, zapoznawałeś nas ze sobą nawzajem i, narzucając pewne tematy do dyskusji, pomagałeś przełamywać pierwsze lody.
Solidarnie znosiliśmy to upokorzenie, gdy zakazywano nam pokazywać się wspólnie w wielu lokalach. Obaj rozumieliśmy, że zawsze bywaliśmy tymi nieproszonymi gośćmi, na których ludzie spoglądali pogardliwie spode łba. Razem było nam zawsze raźniej, czy to na dwudziestostopniowym mrozie, czy w palącym słońcu. Być może przyjdzie nam doczekać się lepszych czasów.
Za to Ci właśnie dziękuję, mój papierosie. Do Ciebie kieruję ten list, chociaż znasz jego treść. Napisaliśmy go razem.
Skinsów pochłonął Moloch. I nie mówię tu o samym serialu, tylko o jego idei. Burza przetoczyła się po mediach całego świata, tytuł mojego ulubionego produktu telewizji widniał na czołówkach wszystkich serwisów – a wszystko dlatego, że paru purytańskim, żrącym hamburgery psychopatom bardzo chujowa adaptacja oryginału źle się kojarzy. W sensie, że to dziecięce pornosy. Jakby im nie wystarczyły wypikane faki i maderfakery, wycięcie skrajnie kontrowersyjnych wątków, generalna układność i zamiana geja w lesbijkę. Przecież tam nawet tyłka nie było. Słowem – typowa amerykańska burza w szklance wody. A przez całą aferę gdzieś umknął uwadze ogółu start nowej, pachnącej jeszcze Bristolem serii. And now we are talking.
Nie miałem wielkich oczekiwań. To trzeba wyjaśnić na początku. Po katastrofie, jaką było Skins US i (mimo wszystko) porażce, jaką była druga seria (sezony 3 i 4), nie mogłem oczekiwać poziomu odcinków z Tonym, Sidem i resztą oryginalnej bandy. Jednak ekipa wyspiarskich magików serialowych pokazała klasę. Udało im się coś nadludzkiego – tchnęli nowego ducha w skostniałe fundamenty. Oglądamy znajome miejsca, twarze, sytuacje, ujęcia, z drugiej strony – wszystko jest świeże, interesujące, przykuwające uwagę. Warsztat reżyserski jest więcej niż poprawny, z czystego tylko zboczenia powiem, że mi się światło nie podobało.
Jednak Skins to przede wszystkim bohaterowie. I tu największe zaskoczenie – po szablonowych i w sumie nudnych postaciach poprzedniej serii dostajemy coś znacznie bliższego oryginalnemu duchowi serialu. Oczywiście, różnica kilku lat jest tu więcej niż widoczna, co pokazuje ciekawą ewolucję dyskursu telewizyjnego – główna bohaterka jako adoptowana przez dwóch gejów androgyniczna socjopatka byłaby kiedyś nie do pomyślenia. Tutaj przydaje się kolejny atut w rękawie twórców - fenomenalny sposób prowadzenia fabuły, pozwalajacy z łatwością przełamywać kolejne bariery szklanego ekranu. Podają treść w sposób tak lekki, tak nienachalny, tak przemyślany... Stosują ogromny wachlarz tricków fabularnych - proste, łatwiejsze do dekodowania sztuczki (w stylu manekinu-zabawki czy sukienki) wykorzystują w sposób nowatorski, a na to nakładają kalejdoskop przekazów na różnorakich poziomach, mieszając w postmodernistycznym kotle Nabokova, Sartre'a, MTV, Queer as Folk i wiele, wiele innych. Zabierają nas na niebywałą podróż, pełną zwrotów, zakrętów i pokonywanych w błyskawicznym tempie prostych. Fabuła wciąga, a kolejni bohaterowie pojawiają się niemal niezauważalnie, jakby byli integralną, nienaruszalną częścią tego małego uniwersum. Apodyktyczna "królowa balu", tępa przydupaska, wredna dziewczyna, rugbista, metal, stoner, geniusz-psychopata i Frankie. Frankie. Wspomniana wyżej drobniutka, chudziutka dziewczynka z zaciętym wyrazem twarzy, wystilyzowana, jakby charakteryzatornia była sanktuarium ku czci Tildy Swinton Frankie. Prosta, zagubiona, mądra, szukająca swego szczęścia, majaca świat przeciwko sobie Frankie. I, co nie mniej ważne, Frankie, o której po tych kilkudziesięciu minutach dalej gówno wiemy.
Pierwszy odcinek nowej serii Skinsów zdecydowanie nie śmierdzi rybą. Bo od tego całego analizowania, wyłapywania nawiązań, zachwycania, zadziwienia ważniejsze jest to uczucie, gdy kończy się odcinek, a ty wrzeszczysz o więcej. Jeszcze nie wrzeszczę. Nie chwalę dnia przed zachodem słońca. Jednak wierzę, że znów jesteśmy na dobrym szlaku. Przez nocny Bristol, puste ulice, rozbite szkło i skrzywione psychiki.
Zaczyna się 2011, zaczyna się więc też nowy sezon koncertowy. Nie miałem czasu, żeby przejrzeć dokładnie, co się szykuje. Jedyne co wiem, to że Coldplay jest nową gwiazdą w panteonie Openera. To wystarczająco dramatyczne, by skłonić do refleksji i ucieczki w przeszłość. Kolejność w miarę przypadkowa.
Radiohead, Poznań, 2009
Hands down najlepszy koncert, na jakim byłem. Pomijam nawet kult, jakim otaczam Radiogłowych. Yorke i spółka zmietli publiczność z powierzchni planety. Olimpijska forma zespołu, niebywała setlista, energia, klimat, bisy zakończone nie granym przeważnie „Creep”... Pierwsze dźwięki 2+2=5, wniesienie na scenę bębnów do There There i przede wszystkim zagrany pod sam koniec The National Anthem – w tych wszystkich momentach przeżywałem uniesienie wręcz orgazmiczne. A kiedy dowiedziałem się, że jest nagranie całego koncertu w dobrej jakości, prawie doszedłem w spodniach. Doświadczenie muzyczna życia.
Nick Cave, Warszawa, 2006
Biurowiec, krzesełka, panowie w garniturach, panie w strojach wieczorowych, półtorej godziny opóźnienia. A w to wszystko wchodzi Nick Cave i wysadza wszystko energią bomby atomowej. Pieprzyć ballady i smętną muzykę z „Propozycji”, lepiej dać czadu – ta recepta na koncert sprawiła, że przez 2 godziny, stojąc pod barierką czułem, jakbym obcował z jakimś zapomnianym bogiem mroku i chaosu. Ogłupiały ochroniarz chciał usunąć tłum, ale Nick po prostu odpalił szluga i kazał komuś przetłumaczyć „Niech ten smutny gość spierdala i da ludziom się bawić”. Do tego cały skład obecnego Grindermana z brodatym i szalonym Ellisem na... w sumie wszystkim, co miało struny. Miód.
The Dead Weather, Gdynia, 2010
Opener wszedł w ostatni dzień, kiedy liczysz kupony, czy stać cię na bułkę, a nie kupujesz czteropaki piwa w ilość „ile doniosę do namiotu”. Publiczność umiera po szalonym pogo na The Hives. Wtedy na scenę wchodzi Jack White. I tyle w sumie można napisać, bo co się działo później, wie każdy, kto widział tego muzyka na żywo. Gitarę odkurzył tylko na jedną piosenkę (i zrywał gacie przez głowę na odległość), ale jako perkusista również czynił cuda. A reszta The Dead Weather nie odstawała ani na centymetr, szczególnie Alison Mosshart, dająca z siebie na wokalu absolutnie wszystko. Szaleństwo, bachantki i rock na najwyższym poziomie.
Mariza, Wrocław, 2010
Perełka w zestawieniu. Portugalska gwiazda muzyki fado, muzyki miłością do której zaraża w Polsce Kydryński w niedzielnych „Sjestach”. Głos z innej planety i ta atmosfera, kiedy nie rozumiesz tekstu, ale wiesz, że śpiewa się tu o rzeczach ważnych. I ta piękna chwila, kiedy artystka zeszła ze sceny i zaczęła przechadzać się między publicznością z mikrofonem, wyciskając łzy z oczu absolutnie wszystkich.
Kenny Garett, Wrocław, 2007
Uwielbiam koncerty jazzowe. A tego, co zrobił Kenny Garett nie można nazwać inaczej niż „geniusz”. Wyszedł na scenę, nic nie powiedział i po prostu zaczął grać. Dwie godziny magii, wspaniałych popisów solowych, improwizacji – wszystkiego, czego można oczekiwać od jazzu. No, ale czego się spodziewać po saksofoniście, który grywał z samym Milesem Davisem? Kwartet złożony z Garetta, pianisty o wyglądzie kolumbijskiego barona narkotykowego, młodego, czarnego basisty i perkusisty z wielkim kokiem zrobionym z dreadów wgniótł mnie w posadzkę. W 2009 w Hali Ludowej grał kwintet złożony z takich gwiazd jak John McLaughlin, Chick Corea czy Christian McBride, ale show ukradł im... Kenny Garett. Objawienie.
2manydj's, Gdynia, 2010
I znowu wracamy na zeszłorocznego Openera, tym razem dzień pierwszy i moja pierwsza wizyta na Tent Stage. Dzień, który zmienił moje podejście do muzyki elektronicznej. Klimat jakiegoś rave, tłum szalejących ludzi i dwóch braci bawiących się muzyką, wszystko polane sosem z genialnych wizualizacji. Znani też jako Soulwax, tworzyli takie rzeczy jak remix „Standing in The Way of Control” z trailera Skinsów czy mój ulubiony remix „19-2000” Gorillaz. A na żywo miksowali takie rzeczy jak Abba z Floydami czy Beethoven z Bee Gees. Na końcu zaś wystrzeliło białe confetti, a z głośników poleciało zmiksowane Joy Division. Nie wiem, jak doszedłem do namiotu.
Świetliki, Warszawa, 2010
W końcu coś polskiego. Jakkolwiek dziwna była wycieczka na artystę krakowskiego jak Wawel do stolicy, warto było, nawet mimo karnego mandatu za jazdę na gapę ostatnim metrem. Kiedy Świetlicki śpiewał o paleniu w kontekście jeszcze świeżej ustawy zakazującej kopcenia w miejscu publicznym, czuć było w powietrzu kontestację. Charyzma wokalisty, świetny warsztat muzyków i słowa, słowa, słowa. Poezja podana w najlepszym stylu.
Depeche Mode, Łódź, 2010
Gahan i spółka odkryli eliksir nieśmiertelności. Lata mijają, zmarszczek przybywa, ale sceniczna moc ta sama. Jednak tamtego lutowego dnia frontmen, przeważnie skupiający na sobie wszystkie światła jupiterów był w cieniu introwertycznego Gore'a, w którego wstąpił duch anielski i obdarzył głosem nie z tej ziemi. Setlista bliska ideałowi i community polskich fanów w zorganizowanych akcjach robiących niezapomniane wrażenie, takich jak tysiące kolorowych baloników latających po całej łódzkiej Arenie.
Cypress Hill, Gdynia, 2010
Ostatnia wizyta na Openerze. Dzień drugi, dzień Cypress Hill. Kultowy (nie bójmy się tego słowa) skład hip-hopowy, niesamowita charyzma i tyle marihuany w powietrzu, że można by ujarać cały powiat. Gdy B-Real wyciąga blanta i śpiewa „I wanna get high, so high”, nie można być przeciwko legalizacji.
KNŻ, Wrocław, 2009
Reaktywacja mojej ulubionej formacji Kazika Staszewskiego była eventem, który nie mógł zawieść. I nie zawiódł. Rockowa energia, klimat tych pierwszych rockowych koncertów, na których wybierało się najstarzej wyglądającego kumpla, żeby kupił piwo i sam Staszewski, który mimo upływu lat wigoru nie traci. Świetna rzecz.
Każdy mówi, że ma przejebanych starych. Ja też. Ale ja naprawdę mam. Pokażesz matce czerwony pasek co roku (tak, jestem sprytnym sukinkotem) i już chce, żebyś podbijał świat. A jak jeszcze jest inteligentna i oczytana, to rzuca ci w twarz spisem lektur nadobowiązkowych, jakby w szkole było za mało. Nie ma to jak wymagania starszej generacji.
Ostatnio jednak bardzo kocham moją mamę, gdyż zeszłoroczny Nobel literacki powędrował do Mario Vargasa Llosy, którego darzy miłością wielką i od czasu do czasu dorzuca na półkę kolejne opasłe tomiszcze. Kiedyś z nudów łyknąłem „Pantaleona i wizytantki” i zachwyciłem się z miejsca. Ten koleś wie jak pisać! Od razu sięgnąłem po kolejną, ale przez zawał jakiejś roboty nie skończyłem. Jednak przyszedł rok 2010, przeniosłem się do Krakowa, spokój ducha jest, no i kurwa, ten koleś dostał Nobla! I tak zacząłem się przebijać przez ponad sześćset stron „Rozmowy w Katedrze”. I niech mnie, ale warto.
Peru, połowa lat 60. Wyniszczony życiem, trzydziestokilkuletni dziennikarz Santiago Zavala spotyka przypadkiem dawnego służącego swojego ojca, Ambrosio. Panowie siadają w taniej spelunie o chwytliwej nazwie „Katedra” i wspominają. A jest co wspominać. Fabuła przenosi nas kilkanaście lat wstecz, na koniec lat czterdziestych, gdy do władzy dochodzi generał Manuel Odria, wprowadzając w kraju dyktaturę wojskową, by potem zabrać nas na fascynującą podróż przez kolejne lata, przez kolejne obrazy zmieniającego się Peru.
„Ten kraj to jeden burdel, paniczu, no niech pan powie, czy Peru to nie jest jedna wielka zagadka? To nie do wiary, że ci od Odrii i ci z Apry, co tak się nienawidzili, teraz idą ręka w rękę. Co by na to powiedział pański ojciec, paniczu? Rozmawiają i od czasu do czasu słyszy, jak Ambrosio, nieśmiało, z szacunkiem, usiłuje protestować, muszę już iść, paniczu. Siedzi tam daleko, maleńki i bezbronny, po drugiej stronie stolika już teraz zastawionego butelkami; oczy ma pijane i zgnębione. Batuque szczeka raz. Szczeka sto razy. Santiago czuje, jak coś w nim bulgocze, coś wre w samym środku serca, duszno mu. Rozmawiają? Radiola milknie i zaraz znowu zanosi się rykiem. Gęsta rzeka zapachów wydaje się rozgałęziać i dzielić: odór tytoniu, piwa, ludzkich ciał i resztek jedzenia, wszystkie zapachy krążą leniwie w ciężkim powietrzu „Katedry” i nagle zostają wchłonięte przez nadrzędną woń: ani ty , ani ja nie mieliśmy racji, tato, to jest zapach klęski, tato.”
Llosa buduje narrację w sposób intrygujący, zmienia sposób pisania, czasami rzuca szybkimi, ciętymi zdaniami, czasami zwalnia, czasami opiera się tylko na dialogu. W każdy rozdział towarzyszymy jednej osobie z tak szerokiego wachlarza jak czarna służąca, szef bezpieki czy ekskluzywna dziwka. A we wszystko wrzucone zdania z rozmów przyszłych, przeszłych, wymieszane... Noblista nie odsłania przed nami kart szybko, gdy odkrywa jeden sekret, zaraz znajduje nowy. A cały czas każe nam myśleć „Jak oni wylądowali w tej pieprzonej „Katedrze”?
Widać też niesamowity talent w kreacji bohaterów. Każdy to człowiek z krwi i kości, ze swoimi słabościami, problemami, celami, a wszystko skąpane w oparach beznadziei i zepsucia. Próbujący walczyć o przetrwanie Ambrosio, zły do szpiku kości Cayo Bermudez czy Santiago, kreowany na narratora powieści, i zdecydowanie jej najciekawsza postać, która przez całą akcję zadaje sobie pytanie „Czy to wtedy się zeszmaciłem?”. Ale zdaje się mieć świadomość, że wszystko prowadziło do tej pieprzonej beznadziei, nie tyle materialnej, co moralnej. Poznajemy go jako młodego ideowca, dopiero co wybierającego się na studia, buntującego się przeciwko rodzinie z wyższych sfer, a potem obserwujemy jego przedstawiony z niemal chirurgiczną precyzją upadek.
Wraz z nim obserwujemy też Peru, staczające się, nieprzyjazne. Mamy szansę zobaczyć cały przekrój społeczny, od libacji w najdroższych willach po brudne slumsy Limy czy górskie wioseczki, gdzie biedota zrobi wszystko za parę groszy i wódkę. Państwo staje się głównym bohaterem powieści, i to bohaterem negatywnym. Llosa kreśli głęboki, niemal pełny obraz zepsutego, zdegenerowanego moralnie kraju, gdzie paradoksalnie jedynym trzeźwo myślącym człowiekiem jest dziennikarz, skończona pijaczyna, który już dawno stracił złudzenia. Autor pokazuje zło drzemiące w ludziach, zrezygnowanych, nie widzących szans na poprawę, więc brnących dalej w szambo. Zdaje się mówić „sami sobie jesteście winni” i garściami sypie nam w twarz fatalizmem. A najgorsze, że to się zdarzyło naprawdę. Bo w sumie na końcu lądujemy w punkcie wyjścia, gdzie Santiago dalej pisze bzdury do gazety, a Ambrosio musi łapać psy za marne grosze, bo zaraza i chujowo z kasą.
I tak przez całą powieść, kolejne składniki do wielkiego gara brudu. Llosa nie daje nam nadziei na to, że się zmieni. Generalnie strasznie przygnębiająca, ale za to genialnie napisana rzecz. Nobel w końcu nie przewraca się w grobie.
WARTO?
W skali od „w pytę” do „fuck nie” zdecydowanie w pytę. Warto jednak coś wiedzieć o tym, jak działa Ameryka Południowa, a nie wyć, że komuniści na drzewa wisieć. Ja ze swoją żałośnie słabą wiedzą z historii i „Gorączki Latynoamerykańskiej” Domosławskiego wyrobiłem, ale to w sumie niekonieczne, tak dobry jest Llosa. Jeszcze trzeba kupić ten styl pisania, i nie sposób się oderwać. A, i jest w ładnej, twardej okładce, i godnie w chuj na półce wygląda.
PS: Llosa przywalił kiedyś w gębę Gabrielowi Garcii Marquezowi, bo ten podrywał jego żonę, jak głosi wieść gminna. Jeżeli tego nie kupujecie, to już was nie zachęcę.
Jeszcze nie zdążyłem kupić nowego kalendarza, ale Anno Domini 2010 to już historia. Początek roku to dobra okazja, żeby powspominać, co zajebistego nam przyniósł miniony rok. Tak więc szybki przegląd tego, co zapamiętam(y) z 2010 roku. Kolejność w chuj losowa.
Avatar i filmy trzy de
No, nie da się ukryć. Avatar otworzył nowy trend w kinie, ludzie wpadali w psychozę, a krytycy płakali nad nędzą scenariusza. Ja bawiłem się dobrze, ale czekam, aż ktoś rozgryzie tą technologię i zrobi dobry, ale nie oparty tylko na efektach film w tej technice. Na początku kina dźwiękowego też mówili, że to papka dla mas. Na początku kina jako takiego też.
Hitler znalazł elektro
Luty 2010 może być kiedyś znany jako początek ery pierdolnięcia. „Bonkers” Dizziego Rascala i cały kult wokół prostego, ale jak zrobionego filmiku na YouTube wykurzył jakąś murzyńską nędzę z głośników i nakręcił młode, głodne imprezy umysły na ciężkie basy. Jeżeli tak mają wyglądać wakacyjne hity, to ja poproszę.
Hipsterzy atakują
Nowa subkultura do mentalnej masturbacji dla socjologów, która dorabia ideologię do hasła „mam wyjebane”. Wychudzeni, ubrani w rurki i designerskie okulary chłopaki szturmem zdobyli salony. I chociaż wszyscy śmiejemy się z uważnego śledzenia mody, żeby przypadkiem nic modnego nie nosić, to wszyscy mamy w sobie coś z hipstera. No i goście robią fajne biby i mają fajne dupy, a to o to chyba chodzi.
Youtube party
Kolejna rzecz do socjologicznego folderu z pornografią. Już nie słyszy się „Ej, stary, słyszałem zajebisty kawał”, coraz rzadziej „Człowieku, obadaj akcję”, za to wszędzie ryk „Aaaale fajny filmik na jutubie widziałem”. Gromady zajebanych ludzi przed kompem byli kiedyś nerdami, teraz to standard.
Faceworld
Facebook zdobył świat, dorobił się filmu i pół miliarda użytkowników. Zuckerberg zasłużenie został człowiekiem roku, a młode wanna-be-rich rekiny z branży IT stawiają w domach małe ołtarzyki kolesiowi z lekko nieciekawą gębą, który, przysięgam, zaraz mi wyskoczy z lodówki. Cóż, jak to mawiają, nie masz fejsa – nie istniejesz.
Wojna polsko-polska
Z zasady nie piszę o polityce, ale ciężko nie wspomnieć tutaj o wielkiej awanturze o nic, pod koniec której kłócono się już dla samej idei kłótni. Wszyscy myślący ludzie po paru dniach zaczęli mieć na to w poważaniu, ale tłuszcza znalazła coś do wyrażenia ich gniewu i można było siedzieć w „Zakąskach” i oglądać walki byków przy wódeczce, jak mi donoszono z Warszawy. Byłem, wypiłem, zobaczyłem. I śmiać, i płakać mi się chciało. Bardziej płakać. Bo szkoda, że gromada ludzi zginęła w katastrofie, ale jeszcze bardziej szkoda, że po raz kolejny okazało się, że, cytując Barwy (link obok) „Kurwa! Jestem wśród debili!”.
Open'er
W końcu byłem, i przekonałem się na własne oczy, jak bardzo zajebisty jest to event. Organizacja, atmosfera, no i te koncerty – 2manydj's, Kasabian, The Hives, Pearl Jam, Cypress Hill, ale przede wszystkim The Dead Weather. Czterodniowa impreza za duże pieniądze, ale warta każdej złotówki. Może dadzą na przyszły rok coś innego niż Coldplay, i znowu będzie pięknie.
American Film Festival
Na Nowe Horyzonty chodzę, od kiedy są we Wrocławiu, ale zawsze tak bez przekonania. Zawsze muszę odfiltorwać „kino nowohoryzontowe”, na retrospekcje mi się nie chce chodzić, i zawsze coś mi nie grało. Ale Gutek spełnił moje mokre sny kinomana i zrobił festiwal zajebistego, amerykańskiego kina niezależnego, na którym może dwa, trzy filmy mnie zawiodły. Organizacja lepsza niż na Nowych Horyzontach, bez dzikich tłumów, fajny klimacik i żarcie w „Fidelu Gastro”. Tak, poproszę więcej.
Scott Pilgrim kontra Świat, dosłownie
Rzadko najlepszy film roku jest jednocześnie żenadą roku. Jak dla mnie to był rok Scotta Pilgrima. O'Malley zakończył jedną z najlepszych sag komiksowych genialnym szóstym tomem, a Edgar Wright skręcił wybitnie zrobiony, efektowny film, w którym „miód wylewa się z ekranu”, bohaterowie walczą na basy, a widz to wszystko kupuje i krzyczy do ekranu w rytm genialnej muzyki. Ja wiem, że fabuła w filmie lekko obsysa, ale to, że to cudo nie trafiło do szerokiej dystrybucji to wstyd, hańba i żenada. Bić po ryjach, serio. Na szczęście odkują się na DVD, tylko mogliby je w Polsce sprzedawać, a nie tak strasznie lecieć w chuja.
Vice
Lewy (propsy), śmieszny ziomek z roku, który ma więcej par sneakersów niż większość ludzi książek, rzucił mi kiedyś Vicem, niezależnym, darmowym magazynem, który pisze o rzeczach, których po całych internetach ze świecą szukać. I niech mnie, ale czytanie tego daje mi moc do pisania. Pachnie to mocno alternatywą i hipsterem, ale po AFFowym afterze na Vice Party moja miłość do tego miesięcznika wielką jest. Z postanowień na Nowy Rok – pokopać po archiwum, i zacząć tam kiedyś pracę.
No i to tyle. A w bonusie...
Co u mnie?
Na pewno najważniejszy rok mojego życia. Zdanie matury, wyprowadzka z rodzinnego Wrocławia, życie na Melinie Chrobrego, podpisanie umowy na wydanie pierwszej książki, tysiące nowych planów... Niewymienione highlighty roku – poznanie Neila Gaimana, czterodniowa biba pod koniec grudnia i całe wakacje. A 2011 zapowiada się jeszcze lepiej. A więc do roboty. Szczęśliwego Nowego.