poniedziałek, 10 stycznia 2011

10 najlepszych koncertów, na jakich dano mi być

Zaczyna się 2011, zaczyna się więc też nowy sezon koncertowy. Nie miałem czasu, żeby przejrzeć dokładnie, co się szykuje. Jedyne co wiem, to że Coldplay jest nową gwiazdą w panteonie Openera. To wystarczająco dramatyczne, by skłonić do refleksji i ucieczki w przeszłość. Kolejność w miarę przypadkowa.

Radiohead, Poznań, 2009

Hands down najlepszy koncert, na jakim byłem. Pomijam nawet kult, jakim otaczam Radiogłowych. Yorke i spółka zmietli publiczność z powierzchni planety. Olimpijska forma zespołu, niebywała setlista, energia, klimat, bisy zakończone nie granym przeważnie „Creep”... Pierwsze dźwięki 2+2=5, wniesienie na scenę bębnów do There There i przede wszystkim zagrany pod sam koniec The National Anthem – w tych wszystkich momentach przeżywałem uniesienie wręcz orgazmiczne. A kiedy dowiedziałem się, że jest nagranie całego koncertu w dobrej jakości, prawie doszedłem w spodniach. Doświadczenie muzyczna życia.


Nick Cave, Warszawa, 2006

Biurowiec, krzesełka, panowie w garniturach, panie w strojach wieczorowych, półtorej godziny opóźnienia. A w to wszystko wchodzi Nick Cave i wysadza wszystko energią bomby atomowej. Pieprzyć ballady i smętną muzykę z „Propozycji”, lepiej dać czadu – ta recepta na koncert sprawiła, że przez 2 godziny, stojąc pod barierką czułem, jakbym obcował z jakimś zapomnianym bogiem mroku i chaosu. Ogłupiały ochroniarz chciał usunąć tłum, ale Nick po prostu odpalił szluga i kazał komuś przetłumaczyć „Niech ten smutny gość spierdala i da ludziom się bawić”. Do tego cały skład obecnego Grindermana z brodatym i szalonym Ellisem na... w sumie wszystkim, co miało struny. Miód.


The Dead Weather, Gdynia, 2010

Opener wszedł w ostatni dzień, kiedy liczysz kupony, czy stać cię na bułkę, a nie kupujesz czteropaki piwa w ilość „ile doniosę do namiotu”. Publiczność umiera po szalonym pogo na The Hives. Wtedy na scenę wchodzi Jack White. I tyle w sumie można napisać, bo co się działo później, wie każdy, kto widział tego muzyka na żywo. Gitarę odkurzył tylko na jedną piosenkę (i zrywał gacie przez głowę na odległość), ale jako perkusista również czynił cuda. A reszta The Dead Weather nie odstawała ani na centymetr, szczególnie Alison Mosshart, dająca z siebie na wokalu absolutnie wszystko. Szaleństwo, bachantki i rock na najwyższym poziomie.


Mariza, Wrocław, 2010

Perełka w zestawieniu. Portugalska gwiazda muzyki fado, muzyki miłością do której zaraża w Polsce Kydryński w niedzielnych „Sjestach”. Głos z innej planety i ta atmosfera, kiedy nie rozumiesz tekstu, ale wiesz, że śpiewa się tu o rzeczach ważnych. I ta piękna chwila, kiedy artystka zeszła ze sceny i zaczęła przechadzać się między publicznością z mikrofonem, wyciskając łzy z oczu absolutnie wszystkich.


Kenny Garett, Wrocław, 2007

Uwielbiam koncerty jazzowe. A tego, co zrobił Kenny Garett nie można nazwać inaczej niż „geniusz”. Wyszedł na scenę, nic nie powiedział i po prostu zaczął grać. Dwie godziny magii, wspaniałych popisów solowych, improwizacji – wszystkiego, czego można oczekiwać od jazzu. No, ale czego się spodziewać po saksofoniście, który grywał z samym Milesem Davisem? Kwartet złożony z Garetta, pianisty o wyglądzie kolumbijskiego barona narkotykowego, młodego, czarnego basisty i perkusisty z wielkim kokiem zrobionym z dreadów wgniótł mnie w posadzkę. W 2009 w Hali Ludowej grał kwintet złożony z takich gwiazd jak John McLaughlin, Chick Corea czy Christian McBride, ale show ukradł im... Kenny Garett. Objawienie.


2manydj's, Gdynia, 2010

I znowu wracamy na zeszłorocznego Openera, tym razem dzień pierwszy i moja pierwsza wizyta na Tent Stage. Dzień, który zmienił moje podejście do muzyki elektronicznej. Klimat jakiegoś rave, tłum szalejących ludzi i dwóch braci bawiących się muzyką, wszystko polane sosem z genialnych wizualizacji. Znani też jako Soulwax, tworzyli takie rzeczy jak remix „Standing in The Way of Control” z trailera Skinsów czy mój ulubiony remix „19-2000” Gorillaz. A na żywo miksowali takie rzeczy jak Abba z Floydami czy Beethoven z Bee Gees. Na końcu zaś wystrzeliło białe confetti, a z głośników poleciało zmiksowane Joy Division. Nie wiem, jak doszedłem do namiotu.


Świetliki, Warszawa, 2010

W końcu coś polskiego. Jakkolwiek dziwna była wycieczka na artystę krakowskiego jak Wawel do stolicy, warto było, nawet mimo karnego mandatu za jazdę na gapę ostatnim metrem. Kiedy Świetlicki śpiewał o paleniu w kontekście jeszcze świeżej ustawy zakazującej kopcenia w miejscu publicznym, czuć było w powietrzu kontestację. Charyzma wokalisty, świetny warsztat muzyków i słowa, słowa, słowa. Poezja podana w najlepszym stylu. 


Depeche Mode, Łódź, 2010

Gahan i spółka odkryli eliksir nieśmiertelności. Lata mijają, zmarszczek przybywa, ale sceniczna moc ta sama. Jednak tamtego lutowego dnia frontmen, przeważnie skupiający na sobie wszystkie światła jupiterów był w cieniu introwertycznego Gore'a, w którego wstąpił duch anielski i obdarzył głosem nie z tej ziemi. Setlista bliska ideałowi i community polskich fanów w zorganizowanych akcjach robiących niezapomniane wrażenie, takich jak tysiące kolorowych baloników latających po całej łódzkiej Arenie.


Cypress Hill, Gdynia, 2010

Ostatnia wizyta na Openerze. Dzień drugi, dzień Cypress Hill. Kultowy (nie bójmy się tego słowa) skład hip-hopowy, niesamowita charyzma i tyle marihuany w powietrzu, że można by ujarać cały powiat. Gdy B-Real wyciąga blanta i śpiewa „I wanna get high, so high”, nie można być przeciwko legalizacji.


KNŻ, Wrocław, 2009

Reaktywacja mojej ulubionej formacji Kazika Staszewskiego była eventem, który nie mógł zawieść. I nie zawiódł. Rockowa energia, klimat tych pierwszych rockowych koncertów, na których wybierało się najstarzej wyglądającego kumpla, żeby kupił piwo i sam Staszewski, który mimo upływu lat wigoru nie traci. Świetna rzecz.  

2 komentarze:

  1. 2manydj's, Gdynia, 2010
    "Nie wiem, jak doszedłem do namiotu."

    (z tego co pamiętam) tej nocy nie doszedłeś do namiotu :D

    Siostra Sobiana

    OdpowiedzUsuń
  2. Na chwilę wpadłem, chyba :]

    OdpowiedzUsuń