Skinsów pochłonął Moloch. I nie mówię tu o samym serialu, tylko o jego idei. Burza przetoczyła się po mediach całego świata, tytuł mojego ulubionego produktu telewizji widniał na czołówkach wszystkich serwisów – a wszystko dlatego, że paru purytańskim, żrącym hamburgery psychopatom bardzo chujowa adaptacja oryginału źle się kojarzy. W sensie, że to dziecięce pornosy. Jakby im nie wystarczyły wypikane faki i maderfakery, wycięcie skrajnie kontrowersyjnych wątków, generalna układność i zamiana geja w lesbijkę. Przecież tam nawet tyłka nie było. Słowem – typowa amerykańska burza w szklance wody. A przez całą aferę gdzieś umknął uwadze ogółu start nowej, pachnącej jeszcze Bristolem serii. And now we are talking.
Nie miałem wielkich oczekiwań. To trzeba wyjaśnić na początku. Po katastrofie, jaką było Skins US i (mimo wszystko) porażce, jaką była druga seria (sezony 3 i 4), nie mogłem oczekiwać poziomu odcinków z Tonym, Sidem i resztą oryginalnej bandy. Jednak ekipa wyspiarskich magików serialowych pokazała klasę. Udało im się coś nadludzkiego – tchnęli nowego ducha w skostniałe fundamenty. Oglądamy znajome miejsca, twarze, sytuacje, ujęcia, z drugiej strony – wszystko jest świeże, interesujące, przykuwające uwagę. Warsztat reżyserski jest więcej niż poprawny, z czystego tylko zboczenia powiem, że mi się światło nie podobało.
Jednak Skins to przede wszystkim bohaterowie. I tu największe zaskoczenie – po szablonowych i w sumie nudnych postaciach poprzedniej serii dostajemy coś znacznie bliższego oryginalnemu duchowi serialu. Oczywiście, różnica kilku lat jest tu więcej niż widoczna, co pokazuje ciekawą ewolucję dyskursu telewizyjnego – główna bohaterka jako adoptowana przez dwóch gejów androgyniczna socjopatka byłaby kiedyś nie do pomyślenia. Tutaj przydaje się kolejny atut w rękawie twórców - fenomenalny sposób prowadzenia fabuły, pozwalajacy z łatwością przełamywać kolejne bariery szklanego ekranu. Podają treść w sposób tak lekki, tak nienachalny, tak przemyślany... Stosują ogromny wachlarz tricków fabularnych - proste, łatwiejsze do dekodowania sztuczki (w stylu manekinu-zabawki czy sukienki) wykorzystują w sposób nowatorski, a na to nakładają kalejdoskop przekazów na różnorakich poziomach, mieszając w postmodernistycznym kotle Nabokova, Sartre'a, MTV, Queer as Folk i wiele, wiele innych. Zabierają nas na niebywałą podróż, pełną zwrotów, zakrętów i pokonywanych w błyskawicznym tempie prostych. Fabuła wciąga, a kolejni bohaterowie pojawiają się niemal niezauważalnie, jakby byli integralną, nienaruszalną częścią tego małego uniwersum. Apodyktyczna "królowa balu", tępa przydupaska, wredna dziewczyna, rugbista, metal, stoner, geniusz-psychopata i Frankie. Frankie. Wspomniana wyżej drobniutka, chudziutka dziewczynka z zaciętym wyrazem twarzy, wystilyzowana, jakby charakteryzatornia była sanktuarium ku czci Tildy Swinton Frankie. Prosta, zagubiona, mądra, szukająca swego szczęścia, majaca świat przeciwko sobie Frankie. I, co nie mniej ważne, Frankie, o której po tych kilkudziesięciu minutach dalej gówno wiemy.
Pierwszy odcinek nowej serii Skinsów zdecydowanie nie śmierdzi rybą. Bo od tego całego analizowania, wyłapywania nawiązań, zachwycania, zadziwienia ważniejsze jest to uczucie, gdy kończy się odcinek, a ty wrzeszczysz o więcej. Jeszcze nie wrzeszczę. Nie chwalę dnia przed zachodem słońca. Jednak wierzę, że znów jesteśmy na dobrym szlaku. Przez nocny Bristol, puste ulice, rozbite szkło i skrzywione psychiki.



