Każdy chyba słyszał o zakazie straszenia dzieci diabłem na lekcjach religii. Bo przecież szatan to samo zło, w najczystszej postaci! Czerwony, z widłami i rogami, smaży grzeszników w kotłach. Jest jednak wiele dzieł, które pokazują Lucyfera nieco inaczej. „Faust” Goethego, Dante i „Boska Komedia”, John Milton i „Raj Utracony”, Michaił Bułhakow i „Mistrz i Małgorzata” – chyba wystarczy.
Po takim wstępie zapewne profanacją dla połowy Czytelników będzie fakt, że dzisiaj będę opisywał komiks. Przeważnie bo takiej herezji autor ma dwa zdania, zanim Czytelnicy nie przewrócą kartki. Tak więc, z grubej rury – moi kochani, zakończcie utożsamianie komiksów z „Kaczorem Donaldem”, „Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem” czy „Kapitanem Żbikiem”. Komiks to również forma sztuki. Kropka. A najlepszym, moim zdaniem, tego dowodem jest seria „Sandman”. Historia Władcy Snów, stworzona przez angielskiego pisarza Neila Gaimana zrewolucjonizowała komiks jako taki i pokazała ludziom, że to nie musi być koniecznie historia o pakerze zakładającym czerwone majtki na niebieskie spodnie czy grubym, rudym kocie. Mroczna historia Morfeusza obfituje w liczne odniesienia mitologiczne i kulturowe oraz galerię fascynujących postaci drugoplanowych. Niektóre z nich doczekały się tzw. spin-offów, czyli komiksów nawiązujących do linii fabularnej innego komiksu. I właśnie o jednym z nich będę mówił, a konkretniej o „Lucyferze” autorstwa Mike’a Carey’a.
Historia zaczyna się niedługo po wydarzeniach z „Pory Mgieł” (5 tom Sandmana), kiedy to Lucyfer decyduje się opuścić piekło. Składa swój urząd, a Morfeusz odcina mu skrzydła. Tak więc na początku akcji dzieła Carey’a druga (po Jahwe) najpotężniejsza istota we Wszechświecie delektuje się winem w swoim pubie „Lux” i sporadycznie przygrywa na fortepianie jazzowe standardy. Do czasu, gdy w knajpie zjawia się anioł Amandiel, z propozycją nie do odrzucenia, od samego Boga. Wydarzenia pierwszego rozdziału pt. „Diabelska Alternatywa” opowiadają o misji Lucyfera i jego nagrodzie. Drugi rozdział, „Wróżba z sześciu kart” to historia wizyty Lucyfera w Hamburgu, złożonej w celu zasięgnięcia rady od magicznej talii kart Basanos. Ostatni, króciutki rozdzialik pierwszego tomu „Zrodzona z umaryłymi” to historia małej Elaine, która posiada niezwykłą umiejętność rozmawiania ze zmarłymi. Nie będę opowiadał o fabule drugiego i trzeciego tomu, gdyż musiałbym zdradzić przed potencjalnymi Czytelnikami za dużo sekretów tego dzieła. Powiem tylko, że w tomie drugim Lucyfer realizuje iście diaboliczny plan, w tomie trzecim pławi się w glorii i chwale, a w czwartym dostaje solidnego kopa. Niestety, jak do tej pory nie wydano w Polsce dalszych części „Lucyfera”, a jest ich łącznie aż 11. Pozostaje tylko Internet.
To jednak nie fabuła jest najważniejsza, a osoba głównego bohatera. Cóż można rzec? Lucyfera nie da się polubić, nie można się z nim zżyć – uczuciami towarzyszącymi obcowaniu z tym bohaterem są raczej szacunek i podziw. Szatan doskonale wykorzystuje swoją inteligencję, cynizm, wiedzę i potęgę, lawirując między różnymi układami i siłami. Potrafi wykorzystać do realizacji swoich celów zarówno wrogów, jak i przyjaciół – nie ma żadnych skrupułów przed czynieniem im niezbyt miłych rzeczy. Podstawową wartością jest dla niego indywidualizm, co zresztą było przyczyną jego konfliktu z Wszechmogącym. Przy okazji ma specyficzne poczucie humoru i charyzmę przez duże „Ch” – to chyba dzięki nim kibicujemy poczynaniom Niosącego Światło. Jego zdolności manipulacyjne, świetnie zaprezentowane przez naprawdę dobry scenariusz Carey’a, są godne podziwu. Moim faworytem w tej kwestii jest pierwsza historia drugiego tomu, „Dom O Komnatach Bez Okien”. Oczywiście, mamy też plejadę postaci drugoplanowych, na czele z zagadkową demonkę Mazikeen i zblazowanym cherubinem Gaudium. W komiksie występują jednak też bohaterowie ludzcy, z których moimi faworytami są związana z Basanos Jill Taylor i wspomniana wyżej Elaine. Carey czerpie garściami z twórczości Gaimana, rozstawiając figury na planszy w pozornie nieważnych historyjkach, by potem sięgnąć po nie i zaszachować czytelnika. Naprawdę, solidna robota. Jednak nie samym scenariuszem komiks stoi. Na szczęście rysunki stoją w „Lucyferze” na wysokim poziomie. Genialny jest w mojej opinii malarski styl Scotta Hamptona, bardzo podobają mi się też grafiki Petera Grossa , nie podchodzi mi natomiast twórczość Ryana Ormstona.
Cóż można rzec w podsumowaniu? „Lucyfer” jest dobrym komiksem. Dobrze napisanym, z paroma zgrzytami fabularnymi, świetnie narysowanym, z paroma zgrzytami ze zmianą autorów w trakcie rozdziału (potwornie irytujące), no i z fascynującym głównym bohaterem. Dobrze, że jednak można zdobyć w naszym kraju ambitne komiksy, gdyż te są nieznane w Polsce jak koszykówka w krainie Pigmejów. A więc, jeśli nie boisz się, gdy babcia straszy cię diabłem i piekłem, przeżyj przygodę z Lucyferem, Niosącym Światło.
(PS: Od czasu do czasu rzucę jakąś recenzją w tym stylu, z mojego przepastnego archiwum pisaniny, a aktualne aktualki (dziwnie brzmi, nie?) pojawiać się będą jeszcze sporadyczniej. Jeśli chcecie mi pomóc, wrzucajcie do komentarzy najlepsze postacie z reklam. Po co - stay tuned!)
