sobota, 10 października 2009

XX MFK, Łódź, 2009 - ja kontra komiksy


Ciężko mi napisać o XX Międzynarodowym Festiwalu Gier i Komików coś konstruktywnego z paru powodów. Po pierwsze, byłem na takim festiwalu pierwszy raz, więc nie mam żadnego punktu odniesienia, żadnego porównania. W moim festiwalowym dziewictwie zawiera się też „po drugie” – po drugie, byłem tam jak przysłowiowe dziecko we mgle, nie wiedzące co ze sobą począć w obliczu… no właśnie. Czasami było aż za dużo rzeczy do zrobienia (autografy, prelekcje, spotkania), a czasem nie było nic interesującego. Jako komiksowy padawan nie wiedziałem też za dobrze, na co warto zwrócić szczególną uwagę, i ominąłem spotkanie z nieznanym mi wcześniej Peterem Milliganem, które podobno było jednym z jaśniejszych punktów festiwalu. No i po trzecie, miałem pecha być w Łodzi sam jak palec, co miało parę przewidzianych i nieprzewidzianych skutków. Środowisko komiksiarzy jest dość hermetyczne i osobie z zewnątrz ciężko się tam wbić. Wszyscy wydają się znać jak łyse konie, gadając to w mniejszych, to w większych grupkach. Jednak są to niezwykle sympatyczni ludzie – przykładowo, Konrad „koko” Okoński uratował mnie od losu bezdomnego (jeden ze skutków samotnego wojażu).

Jednak wrażenia z MFK wywiozłem bardzo pozytywne. Dobrze zorganizowany event, chwała im za to, że giełda była zaraz obok Łódzkiego Domu Kultury, w którym była większość prelekcji, kawiarenka i noclegownia. Kolejny punkt za gości zagranicznych – jestem zły na siebie, że nie chciało mi się stać w kolejce ani wybrać się na spotkanie z Ivanem Brunem, autorem fenomenalnego „Bez Komentarza” (recenzja niedługo). Jednak człowiek, dla którego w ogóle wybrałem się na MFK, nie zawiódł. Ramon Perez, autor „ButterNutSquasha” i „Kukuburi”, okazał się być przemiłym człowiekiem, z którym bardzo przyjemnie się rozmawia „face to face”, jak i słucha na prowadzonym przez kogoś spotkaniu. Ramon nie był może oblegany tak jak Rosiński i Bruno (z którymi dzielił stolik), ale był znacznie bardziej kontaktowy. No i jak on rysuje! Zdjęcie arta, który dla mnie wystrugał, możecie oglądać powyżej. Polscy webkomiksiarze też okazali się być naprawdę sympatyczni – Koko, Bele (który ukradł mi kapelusz), Macowiec, Godai…

Inne elementy festiwalu też zagrały – dość ciekawa prelekcja na temat Vertigo, impreza z rozdaniem nagród (choć na samym rozdaniu nie byłem, podobno sporo straciłem) i późniejszy koncert Cool Kids of Death (naprawdę srogi). Jednak dla mnie najważniejszym elementem festiwalu była giełda. Oferta była całkiem spora, jednak wielu rzeczy nie dostałem (potrzebnych mi Sandmanów, polskich Transmetropolitanów, Watchmenów, Wanted…).

Ale i tak się nakupiłem… Co prawda żałuję teraz, że paru rzeczy NIE kupiłem (Łauma!), to i tak czułem się usatysfakcjonowany. Sandmany, Hellblazery, 1602 (recenzja in progress), Bez Komentarza, Blacksad (wybitne rysunki, poluję na więcej!), Kolektyw, Butternutsquash (Booyah!), Scalped (jedyny angielski komiks, i jedyny jakiego jeszcze nie przeczytałem) i pierwsze Baśnie (zawód lekki). Tyle.

Ogólne wrażenia – bardzo pozytywne. Naprawdę konkretna impreza, a z roku na rok będzie dla mnie coraz lepiej – i więcej ludzi się zna, i więcej komiksów się zna, i się skacze, się pływa… Tylko czekać na Warszawskie Spotkania Komiksowe. A czekać będę!


PS: Sorry za przerwę, kolejnym bonusem z MFK był zalew zaległej roboty w szkole.

1 komentarz:

  1. jakie masz teraz znajomości! :p

    pozdro,
    siostra Sobiana

    OdpowiedzUsuń