Premiera kolejnego filmu Quentina Tarantino to nie jest wydarzenie, obok którego można przejść obojętnie. Zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z filmem Quentina Tarantino o drugiej wojnie światowej. Przed pierwszym pokazem w Cannes słychać było głosy „To się nie może udać”, jak również „To się nie może nie udać”, z tym że drugich było znacznie więcej. Jak jest naprawdę?
Jest znakomicie. Twórca „Pulp Fiction” prezentuje nam nową porcję świetnego kina, w której zarówno przywołuje klasyczne dla siebie motywy, jak i pokazuje nam się z zupełnie innej strony. I zaskakuje. Zacznijmy jednak od podstaw.
Fabuła „Bękartów Wojny” kręci się wokół trzech postaci – damą w tym gronie jest Shoshanna Dreyfus (Melanie Laurent), młoda Żydówka, która jako jedyna przeżywa masakrę jej rodziny, dokonaną przez pułkownika SS Franza Landę (Christopher Waltz), głównego antagonistę, w prologu. Ostatnim z bohaterów jest porucznik Aldo Raine (Brad Pitt), który organizuje grupę ośmiu amerykańskich żołnierzy żydowskiego pochodzenia, gotowych wziąć udział w niezwykle niebezpiecznej misji – działaniach partyzanckich za liniami nazistów we Francji. Ich celem jest jedno – zabić jak najwięcej faszystów. Trzy lata później, w roku 1944 Shoshanna pod przybranym nazwiskiem jest szefową kina. Zakochany w niej niemiecki bohater wojenny (Daniel Bruhl) wplątuje ją w organizację uroczystej premiery najnowszego „dzieła” niemieckiej propagandy. Żydówka postanawia wykorzystać tą okazję do zemsty na nazistach. Jednak nie tylko ona wpada na pomysł sabotażu.
Przed seansem męczyło mnie jedno pytanie – „Jak Quentin pokaże wojnę?”. Odpowiedź brzmi – jak niezłe kino. Dosłownie i w przenośni. Fabuła „Bękartów” kręci się wokół kina, bohaterowie mówią o kinie, a akcja dzieje się… cóż, w kinie. Ten film to swoisty manifest wielkiej miłości, jaką Tarantino darzy kinematografię. Popatrzmy na postacie –szpiegiem na usługach Wielkiej Brytanii jest niemiecka gwiazda filmowa, agent w służbie Jej Królewskiej Mości jest filmoznawcą, a niemiecki bohater wojenny gra główną rolę w filmie o swoich „dokonaniach”. Wsłuchajmy się w dialogi – wszędzie mamy nawiązania, bardziej lub mniej dosłowne, do innych filmów. Czy to spaghetti westerny Sergio Leone, czy filmy Leni Riefenstahl, czy… O oczywistościach, jak ostatnia scena w kinie, nie będę pisał.
Z drugiej strony, po raz kolejny możemy obserwować, z jaką lubością Tarantino bawi się w kino. Stworzył grupę przerysowanych, niemalże wyjętych z komiksu postaci, postawił na ich czele trochę stukniętego porucznika z wąsem i komicznym akcentem, nadał im odjazdowe ksywki i kazał zabijać Niemców, a po drugiej stronie barykady ustawił niemiecką wersję Sherlocka Holmesa, który poza gigantyczną fajką i intelektem ma w arsenale poczucie humoru, cynizm i bezwzględność. Postacie to zdecydowanie najmocniejsza strona filmu – zarówno te główne, jak Raine i Landa, jak również te drugoplanowe, jak Donny Donowitz czy Hugo Stiglitz. Świetnie rozwiązany jest też inny problem, z jakim stanął reżyser filmu wojennego – jak pokazać rzeczywiste postaci. Tu jednak Quentin nie miał chyba problemów, bo Hitler i Goebbels są jak żywcem wyjęci z mózgu Tarantino. A przy okazji niepokojąco wiarygodni. Jednak wielkie brawa powinni otrzymać wykonawcy tych ról, gdyż wszyscy sprawili się na medal, ze szczególnym wyróżnieniem Pitta, Laurent i zjawiskowego Waltza.
Inną cechą tego filmu jest jego swoista dojrzałość. Tarantino nie jest już „cudownym dzieckiem” kina. To świadomy siebie i swoich umiejętności reżyser, który świetnie nad wszystkim panuje. Widać, że wszystkie sekwencje są głęboko przemyślane i że nie ma w nich niepotrzebnych ujęć. Realizacja – bez zarzutu. Jeszcze tylko dodam małą laurkę dla genialnej muzyki – mała perełka. Niestety, było parę zgrzytów, i to w elemencie do tej pory najlepszym w filmach reżysera „Pulp Fiction” – w scenariuszu. Oczywiście, dialogi są świetne, są sceny zapadające w pamięć i wspominane w gronie znajomych (język włoski!), jednak zdarzają się dłużyzny, zwłaszcza w scenach z Shoshanną. Nie do końca został też wykorzystany potencjał genialnego w swojej prostocie pomysłu z komando żydowskich zabijaków. Za mało jest też Landy. Za mało… I tak można wymieniać.
A może to właśnie, paradoksalnie, świadczy o wielkości filmu? Że jest tyle scen, które chcielibyśmy w nim zobaczyć, że kiedy film się kończy, jesteśmy źli, że nie ma więcej? Nowy film Tarantino jest jak obiad w dobrej restauracji – jest cudowny kiedy go jesz, jesteś najedzony, ale masz wrażenie, że mogłoby być trochę więcej. Quentin skonfrontował w tym filmie fanów kina i postacie żywcem z ekranu. W niewiele ponad dwie godziny pokazuje nam, co to jest magia kina, i co on o niej sądzi. A wszystko dawno, dawno temu… w okupowanej przez nazistów Francji…
"Tarantino nie jest już „cudownym dzieckiem” kina. To świadomy siebie i swoich umiejętności reżyser, który świetnie nad wszystkim panuje."
OdpowiedzUsuńNie rozumiem. Kiedy wobec tego nad formą lub treścią swoich filmów nie panował?