Hohoho, wesołych świąt i tak dalej. Święta dały mi trochę oddechu przed masą nauki i podań na studia, więc wykorzystam to i odkurzę swojego bloga. Jako, że kończy się rok
SUBIEKTYWNE TOP 10 FILMÓW:
Inglourious Basterds – Mam problem z tym filmem. Nie wywołuje u mnie takiego wystrzałowego orgazmu, jak „Pulp Fiction” czy „Wściekłe Psy”. Nie ślinię się na widok Christophera Waltza czy Brada Pitta. Nie cytuję go na każdym kroku. Jednak za każdym razem, gdy ktoś o nim wspomina, czuję ciepło na sercu. Gdy ktoś go obraża, bronię jak samica młode. Gdy o nim mówię, słowa same mi płyną z ust. To chyba znak, że Tarantino stworzył w końcu dzieło, które nie jest dobre tylko dlatego, że to „jego” film. Stworzył film, który dalej ma w sobie mnóstwo jego stylu, a jednocześnie broni się pod każdym innym względem. Jako film pełen akcji i długich, błyskotliwych dialogów. Przerysowanych postaci, które wcale nie wydają nam się nie na miejscu. Jako opowieść, i jako manifest Quentinowskiej miłości do kina. Wielki film.
Dom Zły – Nie widziałem jeszcze „Rewersu”, ale nie umiem sobie wyobrazić, żeby przebił „Dom Zły” Smarzowskiego, który jest dla mnie nawet nie polskim filmem roku, a najlepszym tworem polskiej kinematografii od… chyba „Wesela” Smarzowskiego właśnie. Genialnie zagrane, świetnie nakręcone, z pomysłem, i przede wszystkim ze świeżością, której tak czasami brakuje w polskim kinie. Film pokazuje tą stronę polskości, którą chcielibyśmy ukryć, którą notorycznie wyśmiewamy, a która jest nam bliska ponad nasze wyobrażenia. Przy okazji film rozlicza się z chaosem, który znajdował się w każdym aspekcie pozornie uporządkowanego życia w PRL-u. Uniwersalny, a jednocześnie głęboko osadzony w ojczystej rzeczywistości film. To według mnie jest powód, dla którego to „Rewers” jest nominowany do Oscara. Wyspiański po obejrzeniu mógłby powiedzieć – „…a to Polska właśnie, kur**”. Lektura obowiązkowa, acz zdecydowanie nie film dla każdego.
PS: Tak, według mnie nawiązania do Fargo i Tarantino są bardzo na miejscu, ale ludzie! Wy to źle interpretujecie!
Walc z Baszirem – Głęboko poruszający, nowatorski w formie dokument o masakrze dokonanej przez Izraelczyków w dwóch obozach w Libanie. Jeden z filmów, w których opis nie oddaje prawie nic. Trzeba zobaczyć. I poczuć.
Watchmen – 2009 to nie był zbyt łaskawy rok dla ekranizacji komiksów, jednak Watchmen to dziełko naprawdę wysokiej próby. Oparty na przełomowym komiksie Alana Moore’a i Dave’a Gibsona film mroził krew w żyłach fanów, którzy nie umieli sobie wyobrazić swojego Graala na srebrnym ekranie. Jednak X Muza ma swoją magię, i jak twórca „Martwicy Mózgu” zachwycił świat swoją interpretacją Tolkiena, tak solidny rzemieślnik Zack Snyder nakręcił naprawdę dobrą adaptację „Strażników”. W warstwie graficznej pozostał niewolniczo wierny oryginałowi, w warstwie fabularnej wprowadził parę niezbędnych zmian (które wcale nie są zmianami za gorsze!), zatrudnił niezłych aktorów (Rorschach <3)>
PS: Sekwencja z napisami na początku to prawdziwa perełka.
Milk – Gus van Sant to reżyser bardzo nierówny. Zdarzają mu się arcydzieła (Słoń), filmy bardzo dobre (Paranoid Park i Moje Własne Idaho) oraz straszne gnioty (Gerry). Milk mieście się w bardzo dobrych. Autentycznie przejmująca historia gejowskiego aktywisty, który zostaje pierwszym w historii homoseksualnym radnym porusza, acz wielka w tym zasługa Seana Penna (zasłużony Oscar), któremu partneruje świetny Josh Brollin.
Wojna Polsko-Ruska – „Polacy nie gęsi i swój język mają”. A tym językiem bawi się Dorota Masłowska. Książka, która niektórych odrzuca, a innych fascynuje została sfilmowana w sposób świetny. Z pazurem, z punkową energią. Daje do myślenia, a jednocześnie kopie w żołądek tzw. „zajebistością”. Brawo, panie Żuławski!
Koralina – Nie wiem, ile w tym obiektywizmu, a ile mojego bałwochwalczego uwielbienia dla wizji Neila Gaimana, ale historia Koraliny mnie urzekła. Świetnie wygląda, i mimo dziecięcej otoczki daje do myślenia. Lepsze niż cała tona naiwnych, disneyowskich gniotów z prostym morałem. Jednak tylko dla odważnych, inteligentnych dzieci, bo, kurna, ten film jest naprawdę nieźle straszny! Plus za kota.
Jeszcze nie Wieczór – Poruszający obraz o starości i jej wzlotach i upadkach. Plejada gwiazd polskich z nieco starszych roczników, z których niektórzy już zdążyli odejść. Potężny ładunek emocjonalny, i jak zagrane!
Radio na Fali – recenzję macie poniżej. Nic się nie zmieniło. Film dalej kopie zady.
Kac Vegas – To nie jest dobry film, za to rozrywka na poziomie ekstraklasy angielskiej. Spazmy śmiechu, jakie mnie spotkały na tym filmie warte są więcej niż tuzin egzystencjalnych gniotów i tanich romansideł. Nie dla każdego. Ale dla mnie – bomba.
NAJBARDZIEJ ŻAŁUJĘ, ŻE NIE WIDZIAŁEM…
Zapaśnika. Tak w zasadzie nie wiem, jak mogłem go jeszcze nie widzieć. Film, który zbiera świetne recenzje. Film, który wyreżyserował jeden z moich ulubionych twórców nowoczesnego kina, autor genialnego „Requiem dla Snu” i jeszcze lepszego „Pi”. Film, w którym (podobno) kreację życia stworzył Mickey Rourke, do którego mam wielki szacunek od czasów „Sin City”. Po prostu jakoś mi ten film uciekł, a potem o nim zapomniałem. Jedno z pierwszych zadań na Nowy Rok.
I Rewersu. I Białej Wstążki. I… Ale Zapaśnika najbardziej.
ZAWÓD ROKU:
Slumdog. Milioner z ulicy. – Filmów, które mnie zawiodły w tym roku, było sporo, ale większość to nadrabiane zaległości w klasyce. Natomiast Slumdog jest z tego roku, i zawiódł mnie strasznie. Nie jest to najgorszy film roku, ale NA BOGA! ON DOSTAŁ OSCARA ZA NAJLEPSZY FILM! A jest to film kiepski, z oczywistą fabułą, z jakimś tam urokiem i niezła realizacją, ale… już po wyjściu z sali kinowej nie pamiętałem 99% filmu. Słabo.
A ZAMIAST ŻYCZEŃ…
Top 5+1 filmów, na jakie czekam w Nowym, dwa tysiące już dziesiątym, Roku!
Youth In Revolt – film z Michaelem Cerą „Rated R”, gdzie gra jeszcze Steve Buscemi? To musi być dobre!
Kick-Ass – ślepnijcie na trailer, i jak dla mnie on z nazwiskiem Marka Millara wystarczy jako rekomendacja. Nawet pomimo Nicholasa Cage’a.
Drużyna A – yeah!
Inception – Nolan! DiCaprio! Cotilliard! Caine! Cillian Murphy! Ellen Page!
Sherlock Holmes – trailery i nazwisko Guya Ritchiego wystarczają mi w zupełności.
I na koniec…
THEY CALL HIM MACHETE. To będzie film roku. Nawet jeśli nie będzie.
Wszystkiego filmowego najlepszego!
A w prezencie… Wesołych świąt od Justina.
Ej, a na remake Karate Kid nie czekasz? ;D
OdpowiedzUsuńZ filami mam ten problem ze nigdy nie moge trafic na cos fajnego... Obejrze te co polecasz :d
OdpowiedzUsuńDude, ja tam czekam najbardziej na Alicję w Krainie Czarów Burtona. Ale to może dlatego, że kocham jego psychodeliczne wizje, a jak myślę o Alicji w wersji Psychodeli staje mi przed oczami opowiadanie "Złote Popołudnie" imć Sapkowskiego, które jest w czołówce moich ulubionych do cytowania.
OdpowiedzUsuńa Avatar?
OdpowiedzUsuńwłaśnie Dude, a Avatar?
OdpowiedzUsuńChyba żartujecie z Avatarem. A jak nie to no offence, ale macie mózgi zmielone hollywoodzkim mainstreamem. I to ostro.
OdpowiedzUsuńEfekty specjalne i widoki to nie wszystko, srsly.
kolejny zatwardziały fan 'super ambitnych' filmów
OdpowiedzUsuńpewnie pod publiczke zeby 'być fajnym bo nie lubi prostych filmow' pozdro
Avatar mnie zmiótł z powierzchni ziemi tym, jak wygląda. Znakomite kino s-f.
OdpowiedzUsuńA człowieku, który tu ostatni zapostował - może się podpisz, to pogadamy. Bez pozdro
A ja chyba zapuściłam korzenie na naszej planecie, bowiem jakoś nie zmiótł mnie ten film.
OdpowiedzUsuńAdora
dzieki djud, bylem ciekaw twojej opinii :)
OdpowiedzUsuńten ktoremu nie dales pozdro
No offence men, po prostu nie lubię jak ktoś na mnie wjeżdża i się nie podpisuje :]
OdpowiedzUsuńtym razem z pozdro
avatar był piękny, ale żałuje, że poszedłem na 3D - okulary wkurwiały, strasznie tłumiły kolory (skoro to pokaz 3D, obraz mógłby być jaśniejszy, żeby go dostosować do pingli, ale nie był) - ogolnie robily wrażenie tylko przez kilka minut, a nie pozwalały mi skupić się na filmie
OdpowiedzUsuń