czwartek, 25 marca 2010

Dom Zły

Chociaż od ponad dwudziestu lat żyjemy w wolnej, demokratycznej Polsce, ojczysta kinematografia wciąż podchodzi do tematu PRL-u po macoszemu. Poza „Psami” Pasikowskiego nijak szukać filmu, który bez oporów rozprawiłby się z komunistyczną przeszłością. A przecież przykładów takiego kina nie trzeba szukać dalej niż za zachodnią granicą – niemieckie „Goodbye, Lenin” i „Życie na podsłuchu” odniosły ogólnoświatowy sukces. Czy to problem kontrowersyjności tematu, czy kondycji polskiego kina – nie zamierzam tego roztrząsać. Zwłaszcza, że i my takiego obrazu się doczekaliśmy.


Wojciech Smarzowski zyskał uznanie w środowisku znakomitym „Weselem”. Świetnie zrealizowany, klimatyczny film z wybitnymi kreacjami aktorskimi został obsypany zasłużonymi nagrodami. Smarzowski pokazał, że umie robić kino mądre, trudne do zaszufladkowania i zmuszające widza do myślenia, a nie narzucające interpretację. To rzadka umiejętność w polskiej kinematografii. W „Weselu” obnaża wady i słabości bohaterów, z których żaden na końcu nie pozostaje bez winy. W swoim następnym filmie wraca na polską prowincję, by znów zachwiać naszym dobrym samopoczuciem, a niejako przy okazji rozliczyć się z okresem PRLu. Witajcie w „Domu Złym”, wytrzyjcie buty i wyrzućcie pojęcie prawdy do kosza przy wejściu. Bo, jak mówi jeden z bohaterów: „Prawda? Nie ma tu takiej”.
Zimowy, surowy krajobraz. Z milicyjnego auta wychodzi trzech milicjantów, zapalają papierosy, zniecierpliwieni trzęsą rękoma, próbując się rozgrzać. W tle stoi dom, zwykła wiejska chata. Po chwili widz przenosi się cztery lata wstecz i poznaje Edwarda Środonia, zootechnika w PGR-ze gdzieś na północy kraju. Jego w miarę szczęśliwe życie przerywa zawał serca żony. Jego dalszy los to smutny standard – jedna wódka, druga, trzecia, dziesiąta, w końcu decyzja o przeprowadzce, byle jak najdalej. Po drodze do odległego PGR-u gdzieś w Bieszczadach psuje się autobus, a że noc deszczowa, zootechnik zatrzymuje się w domu nieopodal drogi. Tym samym domu, pod który cztery lata później podjeżdża policyjna nyska, a na śnieg wytacza się grupa milicjantów, pijany prokurator i zmizerniały, wystraszony Środoń. Wizja lokalna ma wyjaśnić, co w tym domu się wydarzyło w tamtą burzową noc. A przynajmniej tak się wydaje.
Dwutorowo prowadzona akcja okazała się być mistrzowskim zabiegiem. Normalnie nudne rozmowy Edwarda z małżeństwem Dziabasów widz chłonie z najwyższą uwagą, gdyż każdy szczegół może mieć znaczenie dla rozwiązania sprawy. Czy to dyskusja o zaletach poloneza, czy historia zaginionego poprzednika Środonia albo pijacka anegdota o podpaleniach w gminie – gdy wiemy, że jeszcze tego wieczora zostanie w tym domu popełniona zbrodnia, nie chcemy uronić ani słowa. Gdy mężczyźni polują na lisa, a gospodarz gubi siekierę, wiadomo, że (niczym przysłowiowa strzelba Czechowa) siekiera musi zostać użyta. Wizja lokalna również nie nuży, gdyż w jej trakcie poznajemy inne okoliczności sprawy. Nie można jednak powiedzieć, że Smarzowski prowadzi widza „po nitce do kłębka”. Nitka prowadzi raczej do rozwidleń, nieoczywistości, niedomówień – jak już pisałem, tu nie ma jednej prawdy.

W miarę rozwoju akcji na drugiego głównego bohatera wyrasta porucznik Mróz, szef ekipy milicyjnej, wokół którego koncentrują się wydarzenia w części „zimowej”. Wydaje się, iż tylko on traktuje swoją pracę poważnie i stara się dojść prawdy. Swoją postawą nie pasuje do systemu („Mnie polityka nie interesuje”, odpowiada partyjnemu aparatczykowi na zarzut nie przystąpienia do partii), w którym jest ona ukryta za niedomówieniami, dziwnymi pogłoskami czy przykazaniami „z góry”. Bo tak właśnie Smarzowski pokazuje komunistyczną rzeczywistość – jako pełen sprzeczności chaos, nad który wciąż pada cień tajemniczego, wszechwładnego aparatu partyjnego. Na trzecim planie reżyser prezentuje różne scenki rodem z PRLu – kolejki, kartki czy łapówki – jednak przede wszystkim pokazuje ludzi zmuszonych do życia w tym systemie. Moją ulubioną sceną jest ta, w której „dobry” milicjant idzie do przepełnionego sklepu, by przydziałowe papierosy wymienić na informacje. Dziki, niemal zezwierzęcony tłum rzuca się na niego, przemocą odbiera „dobro luksusowe”, a następnie, skandując „Solidarność”, wybija Mrozowi szybę w samochodzie.
Smarzowski zaprzecza swoim filmem powszechnemu myśleniu „system był zły, ale ludzie dobrzy”. Tu nikt nie jest dobry, każdy kombinuje, aby się jak najlepiej ustawić. Środoń z Dziabasem w pijackim amoku planują wielki biznes bimbrowniczy, ksiądz proboszcz po udzieleniu informacji zastrzega, że „wszystkiego się wyprze”, partyjniak stara się zatuszować sprawę, prokurator usuwa z protokołu wszystkie wzmianki o komitecie partyjnym… Na niewiele da się tu uczciwie zapracować, a chciwość staje się grzechem głównym, który popycha bohaterów do zbrodni, donosicielstwa czy innych niemoralnych uczynków. A „ostatni sprawiedliwy”, Mróz, przegrywa w końcu z machiną partyjną, donosicielami w swoim kręgu i wszędobylskim zepsuciem. Wypruwa wówczas esperal, sięga po flaszkę i zaczyna pić wódkę. Właśnie, wódka. Swoisty refren tego filmu. Alkoholizm jest tu wręcz chorobą systemową. Piją wszyscy, piją ciągle, a widz upija się wraz z nimi. Zakończenie filmu to wręcz pijackie, chaotyczne delirium, które nie daje odpowiedzi na większość pytań. A w ostatnim momencie pijackiego olśnienia uświadamiamy sobie, że w tym świecie nie ma miejsca na dobro, na miłość, na przyjaźń. Jest tylko chaos i zło.
Smarzowski pokazuje tę rzeczywistość bardzo dosłownie, zarówno w pełnych przekleństw dialogach, jak i w obrazach. Duże zasługi w budowaniu mrocznej atmosfery filmu ma autor świetnych zdjęć, Krzysztof Ptak. Trzęsąca się kamera „z ręki”, ciemna kolorystyka, surowe krajobrazy zimowe, brudne wnętrza – wizualnie film stoi na wysokim poziomie. Akcję świetnie podkreśla niepokojąca, chaotyczna muzyka, bardzo często urywana, na granicy fałszu.
Jednak ten film to przede wszystkim aktorzy. Nie pojawiają się tu nazwiska znane z pierwszych stron magazynów plotkarskich, oglądamy tu wybitnych artystów w wyśmienitych kreacjach. Arkadiusz Jakubik, Bartłomiej Topa i Kinga Preiss brylują na pierwszym planie, jednak gdy tylko na ekranie pojawia się Marian Dziędziel, kradnie innym widowisko, skupiając całą uwagę widza na sobie. Aktorzy drugiego planu również sprawili się na medal, a szczególnie wyróżniają się Robert Więckiewicz jako prokurator-pijaczyna i Stanisław Orzechowski jako lokalny prominent partyjny.
Punktem wyjścia „Domu Złego” jest przypadkowe spotkanie trójki ludzi w tytułowym domu. Od tego momentu obserwujemy istny karnawał moralnego zepsucia, który jest pokazany czasem dosłownie, a czasem między wierszami. Smarzowskiemu ponownie udało się nakręcić znakomity film poruszający widza, burzący jego spokój ducha i stawiający trudne pytania. Film chwyta za żołądek jak szklanka wódki bez zagrychy. A wszystko w minimalistycznej konwencji, bez wielkich słów i monologów. Tylko chaotyczna muzyka, obrazy zepsucia i rozmowy pełne niedopowiedzeń. I gdy w końcowym, długim ujęciu widzimy tytułowy Dom Zły, przypominają nam się słowa jednego z bohaterów: „Czy wrócę? A do czego tu wracać?".

niedziela, 14 marca 2010

Oscary. Ssą.

O tym, że nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej utraciły swój dawny prestiż, wiadomo nie od dziś. Jednak ceremonia rozdania Oscarów to odwieczne święto kina, dzień, w którym X Muza zajmuje pierwsze strony dzienników i czołówki we wszystkich newsach świata. W którym najlepsze filmy spod znaku wielkich białych liter usytuowanych na wzgórzu zostają nagrodzone i zostają zapisane złotymi zgłoskami w historii kinematografii. Ale 7 marca nie był tym dniem. A wszystko zaczęło się od ogłoszenia listy nominacji.

Zdziwieniem była kategoria „Najlepszy film”. I nie chodzi nawet o same filmy, a o ich ilość, gdyż było ich 10 miast zwyczajowych 5. Jest to zabieg całkowicie niezrozumiały, gdyż i tak w 99% przypadków głównych kandydatów do Oscara jest dwóch, maks trzech. Czy nominowanie tak wielu filmów miało jakikolwiek cel inny od sprezentowania producentom możliwości dopisania na plakatach „Nominacja w kategorii Najlepszy Film”? Nie sądzę.

Ta kategoria, jak co roku, rozpalała wszystkich kinomaniaków. Jednak w tym roku widzieliśmy pojedynek szczególny, gdyż głównymi rywalami okazało się być byłe małżeństwo – James Cameron ze swoim „Avatarem” i Katherin Bigelow z „The Hurt Locker”. Najbardziej kasowy obraz w historii kina kontra jeden z najtańszych filmów nominowanych do Oscara od bardzo, bardzo dawna. Wielkie widowisko kontra kino minimalistyczne, wręcz kameralne. Prasa prześcigała się w wynajdowaniu różnic, a gdzieś po drodze zagubiono wartość artystyczną obu filmów. A ta jest znikoma. „Avatara” ogląda się fenomenalnie, 3 godziny widowiska mijają błyskawicznie. Ale fabuła jest cieniutka, moralizowanie naiwne, a aktorzy nieprzekonujący. Wizualny przepych i wciągająca akcja to trochę za mało na Oscary, zwłaszcza po zeszłorocznym triumfie „Slumdoga”, w którym jednak można było znaleźć jakiś urok, którego „Avatarowi” brakuje. „The Hurt Locker” natomiast to film po prostu słaby. O dziwo, jego zalety są niemal identyczne jak w przypadku konkurencji – akcja (momentami) wciska w fotel, a rozchwiana kamera z ręki, doskonale imitująca reporterskie nagrania z frontu, świetnie oddaje atmosferę Iraku. Jednak aktorzy nie przekonują, fabuła nie wciąga, film się dłuży, a morał z tego żaden nie wypływa. Ponad dwugodzinny zbiór scenek z życia amerykańskich saperów to trochę za mało na dobry, film, a co dopiero na film Oscarowy. Ale przesłanie antywojenne jest, szpileczka wbita w Busha jest, parę rzeczy nawet wybucha, a bohater zaprzyjaźnia się z chłopcem. A więc i Oscar musiał być. I był, tak dla filmu, jak i dla Bigelow. Tylko dlaczego pokrzywdzone zostały takie obrazy, jak chociażby genialne „Bękarty Wojny” Tarantino, czy świetne „W chmurach” Jasona Reitmana? A pytań jest jeszcze więcej. Chociażby - jakim cudem „The Hurt Locker” przegrał z „Avatarem” w kategorii „najlepsze zdjęcia”? Ktoś świetnie to skomentował, że to jest znak, że niedługo filmy Pixara będą wygrywały w tej kategorii. Swoją drogą – jakim cudem muzyka z „Odlotu” wygrała z fenomenalnym soundtrackiem „Sherlocka Holmesa”, tego nie wiedzą nawet indiańscy szamani. Innymi zaskoczeniami (tu jednak opieram się na opinii innych) była wygrana scenariusza do „Precious” nad „W chumurach” (w co wierzę, gdyż ten drugi to jeden z lepszych tekstów, jakie miałem przyjemność widzieć w kinie) i wynik w „Najlepszym filmie nieanglojęzycznym”. Jedynie kategorie aktorskie przyniosły spodziewane rozstrzygnięcia, choć dalej nie wierzę w to, że Sandra „Miss Agent” Bullock ma Oscara.

Podsumowanie? Przeciętny film wygrał z innym przeciętnym filmem. Czy to rok 2009 był taki słaby, czy byliśmy świadkami ostatecznego upadku Nagród Akademii? Zobaczymy za rok. Bo nie oszukujmy się, i tak będziemy śledzić Oscary. Tak działa magia czerwonego dywanu.

sobota, 16 stycznia 2010

Przewidywalny geniusz


O sprawie znanej pod kryptonimem „Sherlock Holmes” słyszano już dawno. Ślady zostawiane przez mózg operacji, znanego policji jako Ritchie, Guy, wzbudziły moją ciekawość. Jednak po dokładnym zbadaniu uznałem, że mamy do czynienia nie ze skokiem stulecia, a jedynie stylowym włamaniem.

Guy Ritchie to postać znana w środowisku filmowym przestępczym. Jest znany z tak pamiętnych przestępstw, jak akcje o kryptonimach „Porachunki” i „Przekręt”. Po paru nieudanych skokach (które złośliwi wiążą z romansem z pewną Madonną) wrócił do formy „Rock N’ Rollą”. „Sherlock Holmes” różni się jednak mocno od poprzednich włamań, popełnionych w stylu brytyjskim, z brytyjskimi aktorami, brytyjskim akcentem i brytyjskim humorem. W tym skoku widać wpływ największego syndykatu zbrodni półświatka, czyli Hollywoodu.

Przejdźmy jednak do szczegółowej analizy sprawy. Warto zaznaczyć, że fabuła jest oparta nie na powieściach Arthura Conana Doyle’a, a na komiksie Michaela Roberta Johnsona, co ma duży wpływ na plan włamania. Sherlock Holmes to genialny detektyw, który dzięki niebywałym zdolnościom dedukcyjnym, urokowi osobistemu i kilku solidnym argumentom w stylu zaciśniętej pięści potrafi rozwikłać każdą zagadkę. Nieoceniona jest pomoc jego przyjaciela, Doktora Watsona. Właśnie zakończyli ostatnią wspólną sprawę – pojmali okultystę, Lorda Blackwooda, który zostaje powieszony. Ostatnią, gdyż Watson się żeni. Jednak sytuacja wymyka się spod kontroli, gdy Lord Blackwood powstaje z grobu i zaczyna realizować plan zdobycia (a jakże) władzy nad światem. Na to bohaterowie nie mogą pozwolić, a we wszystko wplątana jest jeszcze urocza złodziejka…

Wydawało mi się, ażeby zakończyć sprawę „Sherlocka Holmesa” będę zmuszony wykorzystać całe swe doświadczenie i wytężyć wszystkie siły. Niestety, tu spotkał mnie srogi zawód, gdyż sposób, w jaki przestępstwo zostaje przeprowadzone, jest płytki i przewidywalny. Nie brakuje co prawda efektownych pościgów, wybuchów czy walk na pięści, miecze i pistolety, jednak brakuje najważniejszego – nieprzewidywalności. Poprzednie zbrodni Ritchiego powalały nieprawdopodobnymi ciągami zdarzeń, nad którymi reżyser mistrzowsko panował. Tu bardzo tego brakuje. Wytarte zostały setki klisz, którym próbowano dodać blasku tanim efekciarstwem. No, może nie tanim, gdyż do aspektów technicznych kradzieży nie można się przyczepić. Efekty specjalne są świetne, XIX wieczny Londyn brudny i robiący wrażenie, a muzyka idealnie podkreśla sytuację na ekranie. Jednak gdy śledczy jest w stanie odgadywać kolejne punkty fabuły, to znaczy, że coś jest nie tak. Wina leży też po stronie dystrybutorów, gdyż niebywale efektowne trailery miast zostawić nieważne ślady, podały na srebrnej tacy najważniejsze punkty kulminacyjne filmu przestępstwa.

Osobno należy przeanalizować współpracowników Ritchiego. Robert Downey Jr. jest świetny jako zblazowany, wyszczekany i nieludzko bystry detektyw. Widać jednak, że dużo czerpał od innego geniusza zbrodni, czyli Hugh Lauriego, znanego lepiej pod pseudonimem Doktor House. Godnie partneruje mu Jude Law, natomiast lekko zawodzi Mark Strong w roli Blackwooda (zwłaszcza po jego popisowej Rock N’ Rolli). Natomiast Rachel McAdams w roli Irene jest przede wszystkim śliczna i męska część gapiów z pewnością będzie wyczekiwała na każde jej pojawienie się na ekranie.

Sprawa „Sherlock Holmes” zawiodła moje oczekiwania, co nie czynie jej jednak złym włamaniem. Nadzieję daje pewna powtórka, której plan jest już podobno gotowy. Mimo wszystkich wad, warto wybrać się do kina na ten efektowny, dający dużo przyjemności i nie angażujący umysłu włam. Brakuje lekkości poprzednich przestępstw Ritchiego, jest za to hollywoodzki przepych. Skok na grubą kasę się udał. Ale styl kradzieży nie wejdzie do annałów zbrodni.