Chociaż od ponad dwudziestu lat żyjemy w wolnej, demokratycznej Polsce, ojczysta kinematografia wciąż podchodzi do tematu PRL-u po macoszemu. Poza „Psami” Pasikowskiego nijak szukać filmu, który bez oporów rozprawiłby się z komunistyczną przeszłością. A przecież przykładów takiego kina nie trzeba szukać dalej niż za zachodnią granicą – niemieckie „Goodbye, Lenin” i „Życie na podsłuchu” odniosły ogólnoświatowy sukces. Czy to problem kontrowersyjności tematu, czy kondycji polskiego kina – nie zamierzam tego roztrząsać. Zwłaszcza, że i my takiego obrazu się doczekaliśmy.
Wojciech Smarzowski zyskał uznanie w środowisku znakomitym „Weselem”. Świetnie zrealizowany, klimatyczny film z wybitnymi kreacjami aktorskimi został obsypany zasłużonymi nagrodami. Smarzowski pokazał, że umie robić kino mądre, trudne do zaszufladkowania i zmuszające widza do myślenia, a nie narzucające interpretację. To rzadka umiejętność w polskiej kinematografii. W „Weselu” obnaża wady i słabości bohaterów, z których żaden na końcu nie pozostaje bez winy. W swoim następnym filmie wraca na polską prowincję, by znów zachwiać naszym dobrym samopoczuciem, a niejako przy okazji rozliczyć się z okresem PRLu. Witajcie w „Domu Złym”, wytrzyjcie buty i wyrzućcie pojęcie prawdy do kosza przy wejściu. Bo, jak mówi jeden z bohaterów: „Prawda? Nie ma tu takiej”.
Zimowy, surowy krajobraz. Z milicyjnego auta wychodzi trzech milicjantów, zapalają papierosy, zniecierpliwieni trzęsą rękoma, próbując się rozgrzać. W tle stoi dom, zwykła wiejska chata. Po chwili widz przenosi się cztery lata wstecz i poznaje Edwarda Środonia, zootechnika w PGR-ze gdzieś na północy kraju. Jego w miarę szczęśliwe życie przerywa zawał serca żony. Jego dalszy los to smutny standard – jedna wódka, druga, trzecia, dziesiąta, w końcu decyzja o przeprowadzce, byle jak najdalej. Po drodze do odległego PGR-u gdzieś w Bieszczadach psuje się autobus, a że noc deszczowa, zootechnik zatrzymuje się w domu nieopodal drogi. Tym samym domu, pod który cztery lata później podjeżdża policyjna nyska, a na śnieg wytacza się grupa milicjantów, pijany prokurator i zmizerniały, wystraszony Środoń. Wizja lokalna ma wyjaśnić, co w tym domu się wydarzyło w tamtą burzową noc. A przynajmniej tak się wydaje.
Dwutorowo prowadzona akcja okazała się być mistrzowskim zabiegiem. Normalnie nudne rozmowy Edwarda z małżeństwem Dziabasów widz chłonie z najwyższą uwagą, gdyż każdy szczegół może mieć znaczenie dla rozwiązania sprawy. Czy to dyskusja o zaletach poloneza, czy historia zaginionego poprzednika Środonia albo pijacka anegdota o podpaleniach w gminie – gdy wiemy, że jeszcze tego wieczora zostanie w tym domu popełniona zbrodnia, nie chcemy uronić ani słowa. Gdy mężczyźni polują na lisa, a gospodarz gubi siekierę, wiadomo, że (niczym przysłowiowa strzelba Czechowa) siekiera musi zostać użyta. Wizja lokalna również nie nuży, gdyż w jej trakcie poznajemy inne okoliczności sprawy. Nie można jednak powiedzieć, że Smarzowski prowadzi widza „po nitce do kłębka”. Nitka prowadzi raczej do rozwidleń, nieoczywistości, niedomówień – jak już pisałem, tu nie ma jednej prawdy.
W miarę rozwoju akcji na drugiego głównego bohatera wyrasta porucznik Mróz, szef ekipy milicyjnej, wokół którego koncentrują się wydarzenia w części „zimowej”. Wydaje się, iż tylko on traktuje swoją pracę poważnie i stara się dojść prawdy. Swoją postawą nie pasuje do systemu („Mnie polityka nie interesuje”, odpowiada partyjnemu aparatczykowi na zarzut nie przystąpienia do partii), w którym jest ona ukryta za niedomówieniami, dziwnymi pogłoskami czy przykazaniami „z góry”. Bo tak właśnie Smarzowski pokazuje komunistyczną rzeczywistość – jako pełen sprzeczności chaos, nad który wciąż pada cień tajemniczego, wszechwładnego aparatu partyjnego. Na trzecim planie reżyser prezentuje różne scenki rodem z PRLu – kolejki, kartki czy łapówki – jednak przede wszystkim pokazuje ludzi zmuszonych do życia w tym systemie. Moją ulubioną sceną jest ta, w której „dobry” milicjant idzie do przepełnionego sklepu, by przydziałowe papierosy wymienić na informacje. Dziki, niemal zezwierzęcony tłum rzuca się na niego, przemocą odbiera „dobro luksusowe”, a następnie, skandując „Solidarność”, wybija Mrozowi szybę w samochodzie.
Smarzowski zaprzecza swoim filmem powszechnemu myśleniu „system był zły, ale ludzie dobrzy”. Tu nikt nie jest dobry, każdy kombinuje, aby się jak najlepiej ustawić. Środoń z Dziabasem w pijackim amoku planują wielki biznes bimbrowniczy, ksiądz proboszcz po udzieleniu informacji zastrzega, że „wszystkiego się wyprze”, partyjniak stara się zatuszować sprawę, prokurator usuwa z protokołu wszystkie wzmianki o komitecie partyjnym… Na niewiele da się tu uczciwie zapracować, a chciwość staje się grzechem głównym, który popycha bohaterów do zbrodni, donosicielstwa czy innych niemoralnych uczynków. A „ostatni sprawiedliwy”, Mróz, przegrywa w końcu z machiną partyjną, donosicielami w swoim kręgu i wszędobylskim zepsuciem. Wypruwa wówczas esperal, sięga po flaszkę i zaczyna pić wódkę. Właśnie, wódka. Swoisty refren tego filmu. Alkoholizm jest tu wręcz chorobą systemową. Piją wszyscy, piją ciągle, a widz upija się wraz z nimi. Zakończenie filmu to wręcz pijackie, chaotyczne delirium, które nie daje odpowiedzi na większość pytań. A w ostatnim momencie pijackiego olśnienia uświadamiamy sobie, że w tym świecie nie ma miejsca na dobro, na miłość, na przyjaźń. Jest tylko chaos i zło.
Smarzowski pokazuje tę rzeczywistość bardzo dosłownie, zarówno w pełnych przekleństw dialogach, jak i w obrazach. Duże zasługi w budowaniu mrocznej atmosfery filmu ma autor świetnych zdjęć, Krzysztof Ptak. Trzęsąca się kamera „z ręki”, ciemna kolorystyka, surowe krajobrazy zimowe, brudne wnętrza – wizualnie film stoi na wysokim poziomie. Akcję świetnie podkreśla niepokojąca, chaotyczna muzyka, bardzo często urywana, na granicy fałszu.
Jednak ten film to przede wszystkim aktorzy. Nie pojawiają się tu nazwiska znane z pierwszych stron magazynów plotkarskich, oglądamy tu wybitnych artystów w wyśmienitych kreacjach. Arkadiusz Jakubik, Bartłomiej Topa i Kinga Preiss brylują na pierwszym planie, jednak gdy tylko na ekranie pojawia się Marian Dziędziel, kradnie innym widowisko, skupiając całą uwagę widza na sobie. Aktorzy drugiego planu również sprawili się na medal, a szczególnie wyróżniają się Robert Więckiewicz jako prokurator-pijaczyna i Stanisław Orzechowski jako lokalny prominent partyjny.
Punktem wyjścia „Domu Złego” jest przypadkowe spotkanie trójki ludzi w tytułowym domu. Od tego momentu obserwujemy istny karnawał moralnego zepsucia, który jest pokazany czasem dosłownie, a czasem między wierszami. Smarzowskiemu ponownie udało się nakręcić znakomity film poruszający widza, burzący jego spokój ducha i stawiający trudne pytania. Film chwyta za żołądek jak szklanka wódki bez zagrychy. A wszystko w minimalistycznej konwencji, bez wielkich słów i monologów. Tylko chaotyczna muzyka, obrazy zepsucia i rozmowy pełne niedopowiedzeń. I gdy w końcowym, długim ujęciu widzimy tytułowy Dom Zły, przypominają nam się słowa jednego z bohaterów: „Czy wrócę? A do czego tu wracać?".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz