niedziela, 14 marca 2010

Oscary. Ssą.

O tym, że nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej utraciły swój dawny prestiż, wiadomo nie od dziś. Jednak ceremonia rozdania Oscarów to odwieczne święto kina, dzień, w którym X Muza zajmuje pierwsze strony dzienników i czołówki we wszystkich newsach świata. W którym najlepsze filmy spod znaku wielkich białych liter usytuowanych na wzgórzu zostają nagrodzone i zostają zapisane złotymi zgłoskami w historii kinematografii. Ale 7 marca nie był tym dniem. A wszystko zaczęło się od ogłoszenia listy nominacji.

Zdziwieniem była kategoria „Najlepszy film”. I nie chodzi nawet o same filmy, a o ich ilość, gdyż było ich 10 miast zwyczajowych 5. Jest to zabieg całkowicie niezrozumiały, gdyż i tak w 99% przypadków głównych kandydatów do Oscara jest dwóch, maks trzech. Czy nominowanie tak wielu filmów miało jakikolwiek cel inny od sprezentowania producentom możliwości dopisania na plakatach „Nominacja w kategorii Najlepszy Film”? Nie sądzę.

Ta kategoria, jak co roku, rozpalała wszystkich kinomaniaków. Jednak w tym roku widzieliśmy pojedynek szczególny, gdyż głównymi rywalami okazało się być byłe małżeństwo – James Cameron ze swoim „Avatarem” i Katherin Bigelow z „The Hurt Locker”. Najbardziej kasowy obraz w historii kina kontra jeden z najtańszych filmów nominowanych do Oscara od bardzo, bardzo dawna. Wielkie widowisko kontra kino minimalistyczne, wręcz kameralne. Prasa prześcigała się w wynajdowaniu różnic, a gdzieś po drodze zagubiono wartość artystyczną obu filmów. A ta jest znikoma. „Avatara” ogląda się fenomenalnie, 3 godziny widowiska mijają błyskawicznie. Ale fabuła jest cieniutka, moralizowanie naiwne, a aktorzy nieprzekonujący. Wizualny przepych i wciągająca akcja to trochę za mało na Oscary, zwłaszcza po zeszłorocznym triumfie „Slumdoga”, w którym jednak można było znaleźć jakiś urok, którego „Avatarowi” brakuje. „The Hurt Locker” natomiast to film po prostu słaby. O dziwo, jego zalety są niemal identyczne jak w przypadku konkurencji – akcja (momentami) wciska w fotel, a rozchwiana kamera z ręki, doskonale imitująca reporterskie nagrania z frontu, świetnie oddaje atmosferę Iraku. Jednak aktorzy nie przekonują, fabuła nie wciąga, film się dłuży, a morał z tego żaden nie wypływa. Ponad dwugodzinny zbiór scenek z życia amerykańskich saperów to trochę za mało na dobry, film, a co dopiero na film Oscarowy. Ale przesłanie antywojenne jest, szpileczka wbita w Busha jest, parę rzeczy nawet wybucha, a bohater zaprzyjaźnia się z chłopcem. A więc i Oscar musiał być. I był, tak dla filmu, jak i dla Bigelow. Tylko dlaczego pokrzywdzone zostały takie obrazy, jak chociażby genialne „Bękarty Wojny” Tarantino, czy świetne „W chmurach” Jasona Reitmana? A pytań jest jeszcze więcej. Chociażby - jakim cudem „The Hurt Locker” przegrał z „Avatarem” w kategorii „najlepsze zdjęcia”? Ktoś świetnie to skomentował, że to jest znak, że niedługo filmy Pixara będą wygrywały w tej kategorii. Swoją drogą – jakim cudem muzyka z „Odlotu” wygrała z fenomenalnym soundtrackiem „Sherlocka Holmesa”, tego nie wiedzą nawet indiańscy szamani. Innymi zaskoczeniami (tu jednak opieram się na opinii innych) była wygrana scenariusza do „Precious” nad „W chumurach” (w co wierzę, gdyż ten drugi to jeden z lepszych tekstów, jakie miałem przyjemność widzieć w kinie) i wynik w „Najlepszym filmie nieanglojęzycznym”. Jedynie kategorie aktorskie przyniosły spodziewane rozstrzygnięcia, choć dalej nie wierzę w to, że Sandra „Miss Agent” Bullock ma Oscara.

Podsumowanie? Przeciętny film wygrał z innym przeciętnym filmem. Czy to rok 2009 był taki słaby, czy byliśmy świadkami ostatecznego upadku Nagród Akademii? Zobaczymy za rok. Bo nie oszukujmy się, i tak będziemy śledzić Oscary. Tak działa magia czerwonego dywanu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz