Każdy mówi, że ma przejebanych starych. Ja też. Ale ja naprawdę mam. Pokażesz matce czerwony pasek co roku (tak, jestem sprytnym sukinkotem) i już chce, żebyś podbijał świat. A jak jeszcze jest inteligentna i oczytana, to rzuca ci w twarz spisem lektur nadobowiązkowych, jakby w szkole było za mało. Nie ma to jak wymagania starszej generacji.
Ostatnio jednak bardzo kocham moją mamę, gdyż zeszłoroczny Nobel literacki powędrował do Mario Vargasa Llosy, którego darzy miłością wielką i od czasu do czasu dorzuca na półkę kolejne opasłe tomiszcze. Kiedyś z nudów łyknąłem „Pantaleona i wizytantki” i zachwyciłem się z miejsca. Ten koleś wie jak pisać! Od razu sięgnąłem po kolejną, ale przez zawał jakiejś roboty nie skończyłem. Jednak przyszedł rok 2010, przeniosłem się do Krakowa, spokój ducha jest, no i kurwa, ten koleś dostał Nobla! I tak zacząłem się przebijać przez ponad sześćset stron „Rozmowy w Katedrze”. I niech mnie, ale warto.
Peru, połowa lat 60. Wyniszczony życiem, trzydziestokilkuletni dziennikarz Santiago Zavala spotyka przypadkiem dawnego służącego swojego ojca, Ambrosio. Panowie siadają w taniej spelunie o chwytliwej nazwie „Katedra” i wspominają. A jest co wspominać. Fabuła przenosi nas kilkanaście lat wstecz, na koniec lat czterdziestych, gdy do władzy dochodzi generał Manuel Odria, wprowadzając w kraju dyktaturę wojskową, by potem zabrać nas na fascynującą podróż przez kolejne lata, przez kolejne obrazy zmieniającego się Peru.
„Ten kraj to jeden burdel, paniczu, no niech pan powie, czy Peru to nie jest jedna wielka zagadka? To nie do wiary, że ci od Odrii i ci z Apry, co tak się nienawidzili, teraz idą ręka w rękę. Co by na to powiedział pański ojciec, paniczu? Rozmawiają i od czasu do czasu słyszy, jak Ambrosio, nieśmiało, z szacunkiem, usiłuje protestować, muszę już iść, paniczu. Siedzi tam daleko, maleńki i bezbronny, po drugiej stronie stolika już teraz zastawionego butelkami; oczy ma pijane i zgnębione. Batuque szczeka raz. Szczeka sto razy. Santiago czuje, jak coś w nim bulgocze, coś wre w samym środku serca, duszno mu. Rozmawiają? Radiola milknie i zaraz znowu zanosi się rykiem. Gęsta rzeka zapachów wydaje się rozgałęziać i dzielić: odór tytoniu, piwa, ludzkich ciał i resztek jedzenia, wszystkie zapachy krążą leniwie w ciężkim powietrzu „Katedry” i nagle zostają wchłonięte przez nadrzędną woń: ani ty , ani ja nie mieliśmy racji, tato, to jest zapach klęski, tato.”Llosa buduje narrację w sposób intrygujący, zmienia sposób pisania, czasami rzuca szybkimi, ciętymi zdaniami, czasami zwalnia, czasami opiera się tylko na dialogu. W każdy rozdział towarzyszymy jednej osobie z tak szerokiego wachlarza jak czarna służąca, szef bezpieki czy ekskluzywna dziwka. A we wszystko wrzucone zdania z rozmów przyszłych, przeszłych, wymieszane... Noblista nie odsłania przed nami kart szybko, gdy odkrywa jeden sekret, zaraz znajduje nowy. A cały czas każe nam myśleć „Jak oni wylądowali w tej pieprzonej „Katedrze”?
Widać też niesamowity talent w kreacji bohaterów. Każdy to człowiek z krwi i kości, ze swoimi słabościami, problemami, celami, a wszystko skąpane w oparach beznadziei i zepsucia. Próbujący walczyć o przetrwanie Ambrosio, zły do szpiku kości Cayo Bermudez czy Santiago, kreowany na narratora powieści, i zdecydowanie jej najciekawsza postać, która przez całą akcję zadaje sobie pytanie „Czy to wtedy się zeszmaciłem?”. Ale zdaje się mieć świadomość, że wszystko prowadziło do tej pieprzonej beznadziei, nie tyle materialnej, co moralnej. Poznajemy go jako młodego ideowca, dopiero co wybierającego się na studia, buntującego się przeciwko rodzinie z wyższych sfer, a potem obserwujemy jego przedstawiony z niemal chirurgiczną precyzją upadek.
Wraz z nim obserwujemy też Peru, staczające się, nieprzyjazne. Mamy szansę zobaczyć cały przekrój społeczny, od libacji w najdroższych willach po brudne slumsy Limy czy górskie wioseczki, gdzie biedota zrobi wszystko za parę groszy i wódkę. Państwo staje się głównym bohaterem powieści, i to bohaterem negatywnym. Llosa kreśli głęboki, niemal pełny obraz zepsutego, zdegenerowanego moralnie kraju, gdzie paradoksalnie jedynym trzeźwo myślącym człowiekiem jest dziennikarz, skończona pijaczyna, który już dawno stracił złudzenia. Autor pokazuje zło drzemiące w ludziach, zrezygnowanych, nie widzących szans na poprawę, więc brnących dalej w szambo. Zdaje się mówić „sami sobie jesteście winni” i garściami sypie nam w twarz fatalizmem. A najgorsze, że to się zdarzyło naprawdę. Bo w sumie na końcu lądujemy w punkcie wyjścia, gdzie Santiago dalej pisze bzdury do gazety, a Ambrosio musi łapać psy za marne grosze, bo zaraza i chujowo z kasą.
I tak przez całą powieść, kolejne składniki do wielkiego gara brudu. Llosa nie daje nam nadziei na to, że się zmieni. Generalnie strasznie przygnębiająca, ale za to genialnie napisana rzecz. Nobel w końcu nie przewraca się w grobie.
WARTO?
W skali od „w pytę” do „fuck nie” zdecydowanie w pytę. Warto jednak coś wiedzieć o tym, jak działa Ameryka Południowa, a nie wyć, że komuniści na drzewa wisieć. Ja ze swoją żałośnie słabą wiedzą z historii i „Gorączki Latynoamerykańskiej” Domosławskiego wyrobiłem, ale to w sumie niekonieczne, tak dobry jest Llosa. Jeszcze trzeba kupić ten styl pisania, i nie sposób się oderwać. A, i jest w ładnej, twardej okładce, i godnie w chuj na półce wygląda.
PS: Llosa przywalił kiedyś w gębę Gabrielowi Garcii Marquezowi, bo ten podrywał jego żonę, jak głosi wieść gminna. Jeżeli tego nie kupujecie, to już was nie zachęcę.

zgadzam się w 100%. "Miasto i psy" też dobre, polecam :)
OdpowiedzUsuńSkala od "w pytę" do "fuck nie" podoba się. Określenie "godnie w chuj na półce wygląda" też. Ale Panie! Zmniejsz Pan liczbę przekleństw :P
OdpowiedzUsuńZ poważaniem, koleżanka Karolina Jot. Z Wrocławia.
PeeS. "Zielony dom" męczyłam, męczyłam, wymęczyłam i... nic. Wolę pana, któremu ten pan dał kiedyś w ryj.
Olo, w tej sytuacji powinieneś powiedzieć "I'm the dude, man" :P
OdpowiedzUsuń