Jeszcze nie zdążyłem kupić nowego kalendarza, ale Anno Domini 2010 to już historia. Początek roku to dobra okazja, żeby powspominać, co zajebistego nam przyniósł miniony rok. Tak więc szybki przegląd tego, co zapamiętam(y) z 2010 roku. Kolejność w chuj losowa.
Avatar i filmy trzy de
No, nie da się ukryć. Avatar otworzył nowy trend w kinie, ludzie wpadali w psychozę, a krytycy płakali nad nędzą scenariusza. Ja bawiłem się dobrze, ale czekam, aż ktoś rozgryzie tą technologię i zrobi dobry, ale nie oparty tylko na efektach film w tej technice. Na początku kina dźwiękowego też mówili, że to papka dla mas. Na początku kina jako takiego też.
Hitler znalazł elektro
Luty 2010 może być kiedyś znany jako początek ery pierdolnięcia. „Bonkers” Dizziego Rascala i cały kult wokół prostego, ale jak zrobionego filmiku na YouTube wykurzył jakąś murzyńską nędzę z głośników i nakręcił młode, głodne imprezy umysły na ciężkie basy. Jeżeli tak mają wyglądać wakacyjne hity, to ja poproszę.


Hipsterzy atakują
Nowa subkultura do mentalnej masturbacji dla socjologów, która dorabia ideologię do hasła „mam wyjebane”. Wychudzeni, ubrani w rurki i designerskie okulary chłopaki szturmem zdobyli salony. I chociaż wszyscy śmiejemy się z uważnego śledzenia mody, żeby przypadkiem nic modnego nie nosić, to wszyscy mamy w sobie coś z hipstera. No i goście robią fajne biby i mają fajne dupy, a to o to chyba chodzi.
Youtube party
Kolejna rzecz do socjologicznego folderu z pornografią. Już nie słyszy się „Ej, stary, słyszałem zajebisty kawał”, coraz rzadziej „Człowieku, obadaj akcję”, za to wszędzie ryk „Aaaale fajny filmik na jutubie widziałem”. Gromady zajebanych ludzi przed kompem byli kiedyś nerdami, teraz to standard.
Faceworld
Facebook zdobył świat, dorobił się filmu i pół miliarda użytkowników. Zuckerberg zasłużenie został człowiekiem roku, a młode wanna-be-rich rekiny z branży IT stawiają w domach małe ołtarzyki kolesiowi z lekko nieciekawą gębą, który, przysięgam, zaraz mi wyskoczy z lodówki. Cóż, jak to mawiają, nie masz fejsa – nie istniejesz.
Wojna polsko-polska
Z zasady nie piszę o polityce, ale ciężko nie wspomnieć tutaj o wielkiej awanturze o nic, pod koniec której kłócono się już dla samej idei kłótni. Wszyscy myślący ludzie po paru dniach zaczęli mieć na to w poważaniu, ale tłuszcza znalazła coś do wyrażenia ich gniewu i można było siedzieć w „Zakąskach” i oglądać walki byków przy wódeczce, jak mi donoszono z Warszawy. Byłem, wypiłem, zobaczyłem. I śmiać, i płakać mi się chciało. Bardziej płakać. Bo szkoda, że gromada ludzi zginęła w katastrofie, ale jeszcze bardziej szkoda, że po raz kolejny okazało się, że, cytując Barwy (link obok) „Kurwa! Jestem wśród debili!”.
Open'er
W końcu byłem, i przekonałem się na własne oczy, jak bardzo zajebisty jest to event. Organizacja, atmosfera, no i te koncerty – 2manydj's, Kasabian, The Hives, Pearl Jam, Cypress Hill, ale przede wszystkim The Dead Weather. Czterodniowa impreza za duże pieniądze, ale warta każdej złotówki. Może dadzą na przyszły rok coś innego niż Coldplay, i znowu będzie pięknie.
American Film Festival
Na Nowe Horyzonty chodzę, od kiedy są we Wrocławiu, ale zawsze tak bez przekonania. Zawsze muszę odfiltorwać „kino nowohoryzontowe”, na retrospekcje mi się nie chce chodzić, i zawsze coś mi nie grało. Ale Gutek spełnił moje mokre sny kinomana i zrobił festiwal zajebistego, amerykańskiego kina niezależnego, na którym może dwa, trzy filmy mnie zawiodły. Organizacja lepsza niż na Nowych Horyzontach, bez dzikich tłumów, fajny klimacik i żarcie w „Fidelu Gastro”. Tak, poproszę więcej.
Scott Pilgrim kontra Świat, dosłownie
Rzadko najlepszy film roku jest jednocześnie żenadą roku. Jak dla mnie to był rok Scotta Pilgrima. O'Malley zakończył jedną z najlepszych sag komiksowych genialnym szóstym tomem, a Edgar Wright skręcił wybitnie zrobiony, efektowny film, w którym „miód wylewa się z ekranu”, bohaterowie walczą na basy, a widz to wszystko kupuje i krzyczy do ekranu w rytm genialnej muzyki. Ja wiem, że fabuła w filmie lekko obsysa, ale to, że to cudo nie trafiło do szerokiej dystrybucji to wstyd, hańba i żenada. Bić po ryjach, serio. Na szczęście odkują się na DVD, tylko mogliby je w Polsce sprzedawać, a nie tak strasznie lecieć w chuja.Vice
Lewy (propsy), śmieszny ziomek z roku, który ma więcej par sneakersów niż większość ludzi książek, rzucił mi kiedyś Vicem, niezależnym, darmowym magazynem, który pisze o rzeczach, których po całych internetach ze świecą szukać. I niech mnie, ale czytanie tego daje mi moc do pisania. Pachnie to mocno alternatywą i hipsterem, ale po AFFowym afterze na Vice Party moja miłość do tego miesięcznika wielką jest. Z postanowień na Nowy Rok – pokopać po archiwum, i zacząć tam kiedyś pracę.
No i to tyle. A w bonusie...
Co u mnie?
Na pewno najważniejszy rok mojego życia. Zdanie matury, wyprowadzka z rodzinnego Wrocławia, życie na Melinie Chrobrego, podpisanie umowy na wydanie pierwszej książki, tysiące nowych planów... Niewymienione highlighty roku – poznanie Neila Gaimana, czterodniowa biba pod koniec grudnia i całe wakacje. A 2011 zapowiada się jeszcze lepiej. A więc do roboty. Szczęśliwego Nowego.
1. zdecydowanie każdy powinien mieć ogon, niektórzy powinni mieć dwa, tak dla pozbycia się kompleksów, a trzy de nie, nie i jeszcze długo nie.
OdpowiedzUsuń2. oglądanie "upadku" na fakultecie to bardzo zły pomysł.
3. hipsterzy nie istnieją.
4. bycie społecznie zacofanym ma swoje plusy, bo czasami nie doświadcza się pewnych smutnych rzeczy.
5. mark nie ma krzywej twarzy. zazdrość, zła rzecz. facebook to też zła rzeczy, bo ludzie ogłaszają na nim rzeczy, których czasami dla własnego dobra nie powinni ogłaszać. np. piszą tam, że prowadzą blogi. teraz wyobraź sobie śmiech z piekielnych otchłani.
6. eee tam.
7. - O***, masz sandały?
- Tak mamo, mam sandały.
dalszy komentarz do tego top nie jest już potrzebny, bo 'tak mamo, mam sandały' wyraża całą głębie.
l_s
hipster hitler is not amused
OdpowiedzUsuńaber kleine Schwester ist.
OdpowiedzUsuńl_s
1) "I chociaż wszyscy śmiejemy się z uważnego śledzenia mody, żeby przypadkiem nic modnego nie nosić, to wszyscy mamy w sobie coś z hipstera."
OdpowiedzUsuńPoprawka nie-WSZYSCY-tylko ty.
2) tekst o Facebooku- co to wogóle jest? Odniosłam wrażenie, że miał to być tekst krytyczny, ale przecież, największym dzieckiem fejsbuka jakie znam jesteś ty sam(477 zdjęć, czemu nam to robisz?)
Poza tym-oczywiście standardowo, pretensjonalny styl i moim zdaniem nieudana próba obśmiania wszechogarniającej kultury masowej, której jesteś aktywną częścią.
Bardzo rozbawiło mnie wspomnienie o -powiedzmy- "naszej" książce wciśnięte gdzieś w ostatnią linijkę-nie trzeba było, przecież wszyscy dobrze wiemy, że w życiu Aleksandra Małeckiego są ciekawsze i ważniejsze epizody.
PS. I Co to wogóle za tekst???...
"No i goście robią fajne biby i mają fajne dupy, a to o to chyba chodzi."
Ludzie, błagam,pomóżcie i wytłumaczcie mi co się dzieje z tym światem, bo ja wymiękam, czytając takie rzeczy:/
Envy